“Andor” (2022-2025)

Przed powstaniem “Andora” mógłbym wyobrażać sobie całość na dziesiątki różnych sposobów, ale przyznam, że i tak nie wpadłbym na to, co finalnie podaruje nam Tony Gilroy. Bo takich seriali, jak bohater poniższego tekstu po prostu się nie robi.

Oglądając w 2022 r. pierwszy sezon, w cotygodniowych lub codwutygodniowych relacjach z oglądania, publikowanych na Facebooku, nie bez przyczyny wystukiwałem się z zachwytów. Chwaliłem pomysł, by uniwersalne, gwiezdne starcie dobra ze złem pokazać od strony zwykłych, pozbawionych mocy ludzi; by prócz cieni Imperium ukazać też “cienie” Rebelii. Zachwycałem się cierpliwym i dojrzałym podejściem do budowania historii, a także rewelacyjnie rozpisanymi scenami, dialogami i monologami, które z miejsca stawały się klasykami. Rozpływałem się wreszcie nad poziomem aktorstwa, przyrównując jakość całości do mojego ulubionego serialu wszechczasów, tj. “Rzymu” (2005-2007).

Przed drugą, finalną serią byłem pełen obaw, czy całość udźwignie ciężar oczekiwań narosłych na gruncie pierwszych dwunastu odcinków. Obawy budził zwłaszcza podział scenariusza na cztery trzyodcinkowe segmenty, z których każdy miał opowiadać wydarzenia z jednego roku. Początek – przyznam – nie był obiecujący. Scena z porwaniem TIE Avengera okazała się niemalże komediowa i bardzo w stylu nowej trylogii, podobnie jak i niedorzeczny konflikt pomiędzy rebeliantami z brygady Mayi Pei. Rzecz szybko jednak wróciła na właściwe tory, a od połowy przebiła pierwszy sezon i osiągnęła poziom dotychczas dla Gwiezdnych Wojen niedostępny.

Szanowni Państwo, obawiam się że lepszego serialu z uniwersum “Star Wars” już się nie doczekamy.

“Special people are hard to find.”

Dla osób zupełnie zielonych w temacie – od strony fabularnej rzecz traktuje o początkach Rebelii. Imperium wygrało, miażdżąc Starą Republikę i jej instytucje, a teraz coraz bezczelniej i agresywniej rozpycha się łokciami po galaktyce. Zakon Jedi upadł, niedobitki rycerzy rozproszyły się po odległych światach, nie ma zatem praktycznie żadnych przeszkód dla wprowadzania nowego porządku. Skutkiem powyższego Imperium coraz bardziej dokręca śrubę, a zwykli, pozbawieni mocy i przywilejów śmiertelnicy coraz istotniej odczuwają dolegliwości związane z rosnącą opresją. Obok nich nie brakuje oczywiście i takich, którzy z rozmaitych pobudek wspierają nowy system, przede wszystkim w zamian za korzyści związane z partycypowaniem we władzy. Innymi słowy, mieszkańcy bardzo odległej galaktyki robią to co istoty zasiedlające każde uniwersum – chwytają się wszelkich sposobów by przetrwać lub poprawić swój byt.

Tytułowy Cassian Andor, bohater znany z “Łotra 1” (2016) – niespecjalnie wyróżnia się na tle powyższego. Nie mając stałego zajęcia, utrzymuje się głównie ze złodziejki, dopóki nie zdarzy mu się znaleźć w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. To natomiast inicjuje ciąg wydarzeń, które ostatecznie sprawią, że protagonista przejdzie duchową przemianę – i jak to się pięknie ujmuje – znajdzie się “po właściwej stronie historii”, a Rebelia wykrystalizuje się jako zwarty ruch oporu przeciwko Imperium.

“Andor” – sezon pierwszy (2022)

“Don’t you want to fight these bastards for real?”

“Gwiezdne Wojny” to zawsze były baśnie dla dzieci i tych, którzy zdołali ocalić w sobie część dziecka. Rycerze, księżniczki, magia – moc, wyraźny podział na dobro i zło – tyle że w kosmicznej estetyce. Zarówno prequele, jak i nowa trylogia, szły w tym względzie torem wyznaczonym przez trzy pierwsze filmy z serii. W międzyczasie jednak coś się zmieniło. Dawne dzieciaki w większości dorosły i fabularna “zebra”, zmontowana z czerni i bieli zaczęła je nużyć. W końcu ileż można prawić o tym samym w ten sam sposób? Może by tak spróbować – jeśli już znowu o tym samym, to chociaż w inny sposób? Rezultatem był “Łotr 1” Tony’ego Gilroya – zdecydowanie moje ulubione “Star Warsy”[1]Wiem, że wypada je wymieniać przynajmniej po “Imperium Kontratakuje” (1980), ale nie bawimy się tu w konwenanse, tym bardziej w obrębie fandomu SW., mimo że stanowiące zaledwie poboczny epizod franczyzy.

Całość oparto na prostym założeniu: zróbmy to na tyle poważnie na ile się da. Skutkiem powyższego, powstały “Gwiezdne Wojny” “dla dorosłych”, definitywnie zrywające z baśniowym paradygmatem. Na najwyższym poziomie to nadal była opowieść o starciu światła i ciemności, ale już znacznie bardziej zniuansowana, nie obawiająca się odcieni szarości oraz haseł: “To wszystko nie jest takie proste, jakby się mogło wydawać.” W tym samym kierunku, choć ze znacznie większym dystansem do siebie, poszedł następnie „Han Solo: Star Wars – historie” (2018), a finalnie także bohater niniejszego tekstu.

“Andor” – sezon pierwszy (2022)

“What a swell party this is.”

<<Czy to zatem jeszcze “Star Wars”?>> – może ktoś zapytać i to wcale nie takie głupie pytanie. Nie ma “żółtych napisów”, nie ma muzyki Williamsa, mocy – albo w ogóle nie ma, albo jest gdzieś w bardzo głębokim tle. Z drugiej strony – rzecz jest twardo osadzona w gwiezdnowojennych realiach i nie próbuje tego uniwersum opowiedzieć na nowo, a jedynie uwiarygodnić je i urealnić. Dlatego historia wreszcie ma logiczny sens, w dialogach jest życie, bohaterowie nie są wydmuszkami, a ich czyny mają namacalne konsekwencje.

Trup ściele się tu gęsto, a scenariusz nie chroni nawet lubianych przez widzów bohaterów. Śmierć bywa przypadkowa i zawsze jest nieodwracalna. Kiedy zaś nie jest pokazana wprost, ale wszystko wskazuje, że ktoś zginął, to nie wraca nagle w cudowny sposób w stylu “somehow Palpatine returned“. W galaktyce nadal występują zbiegi okoliczności, ale jest ich zdecydowanie mniej i są zasadniczo mniej cudowne, niż wcześniej. I protagonistom, i antagonistom zdarzają się błędy. Zupełnie jak w życiu.

“That’s just love. Nothing you can do about that.”

Odpowiedź na pytanie – <<czy spodoba mi się “Andor”?>> – jest w zasadzie najprostsza z możliwych. Jeśli przypadł ci do gustu “Łotr 1”, to bohatera niniejszego tekstu pokochasz jak własne dzieci. Całość to bowiem klimaty wyżej wskazanego filmu, podbite do sześcianu. Jeżeli przy “Łotrze”, Tony Gilroy, w pewnych elementach mógł się jeszcze wahać, czy droga którą obrał jest słuszna – przy “Andorze” nie ma już grama tożsamych wątpliwości. Efektem jest, już nawet nie porzucenie baśniowości, lecz wręcz jej brutalne “zbutowanie”. Dość powiedzieć, iż rzecz – co chyba nie będzie szczególnym spoilerem (a jeśli tak, to niezbędnym) – zaczyna się od tego, że protagonista w “bladerunnerowej” scenerii wkracza do burdelu, by w kilka chwil później strzelić z blastera w głowę bezbronnemu człowiekowi. Potem jest w zasadzie jeszcze ciekawiej, bo “Andor” pokazuje “bardzo odległą galaktykę” pod butem Imperium, nie jako reżim komiksowych złoczyńców, ale jako królestwo oportunistów. Taki korporacyjny konglomerat Preox-Morlana zarządzający system Morlani chce tu zatem po prostu “robić piniondz”, korzystając z protekcji i autonomii w ramach Imperium; a to ostatnie skrzętnie to wykorzystuje, budując system opresji drobnymi krokami – jak każda podobna tyrania.

“Andor” – sezon drugi (2025)

To wszystko skutkuje największym i najbardziej znaczącym nasyceniem uniwersum “Gwiezdnych Wojen” detalami, w przeszło czterdziestoletnich dziejach franczyzy. “Andor”, przez pewne skupienie na przyziemności, pokazanie tak drobnych rzeczy, jak np. to że bohaterowie mają rodziny[2]Wymieniam na początku, bo to absolutna nowość w tym pełnym sierot uniwersum.; czy pracę którą mogą stracić; że istnieje system bankowy; księgowość, audyt; czy służby bezpieczeństwa wykonujące zwykłą, analityczną pracę – wprowadza do tego świata nawet nie tyle realizm, ale po prostu “życie”. Jest tu tego tyle, że niemalże każda scena i każdy dialog angażuje w całości, obiecując kolejną ciekawostkę. Dla kogoś, kto sięga po “Star Wars” dla laserowego “piu-piu” i “dyskoteki” z mieczy świetlnych, to z pewnością nie będzie nic ciekawego. Jednak ten, kogo interesuje jak świat wykreowany przez George’a Lucasa mógłby naprawdę wyglądać i funkcjonować, będzie się wybitnie bawił, nawet gdy pozornie na ekranie nic nie będzie się działo.

Całość jest bowiem doskonale napisana. “Andor”, pomimo tempa wymagającego od widza pewnej cierpliwości (szczególnie w pierwszych, wprowadzających do historii odcinkach), mistrzowsko operuje napięciem i atmosferą, a ponadto towarzyszy mu cała masa rewelacyjnych dialogów, z których część, to wręcz małe arcydzieła, które spokojnie zachwycałyby także poza “Gwiezdnymi Wojnami”[3]Bo powiedzmy sobie szczerze, że te nie zawieszają w tym względzie poprzeczki zbyt wysoko..

Jednocześnie rzecz atakuje znakomitym aktorstwem. Tu pochwały należą się przede wszystkim dla Stellana Skarsgårda w roli Luthena, obok postaci którego trudno przejść obojętnie, oraz dla Diego Luny w tytułowej roli, lecz na oklaski zasługują praktycznie wszyscy odtwórcy charakterów mających znaczenie dla fabuły. Bo świetne są również Genevieve O’Reilly jako Mon Mothma, Denise Gough jako Dedra Meero oraz Kyle Soller jako Syril Karn i Andy Serkis w drugoplanowej roli Kino Loya.

Analogicznie wysoki poziom trzyma też szeroko pojęta scenografia. “Andor” to bowiem serial na który patrzy się z ogromną przyjemnością. Krajobrazy, architektura czy design strojów są rewelacyjne, mocno kontrastując z ubóstwem szczegółów, z jakim mieliśmy do czynienia np. przy okazji “Obi Wan Kenobiego” (2022). Natomiast wnętrza – czy to sklepu z antykami Luthena czy też mieszkania Mon Mothmy, wręcz “stopklatkowałem”, żeby móc podejrzeć sobie ich najdrobniejsze elementy. Znakomite są również efekty specjalne – nie tylko strzelanin, czy pojedynków gwiezdnych. Spore wrażenie robią nawet takie drobnostki, jak wejście w atmosferę niszczyciela Imperium.

“Andor” – sezon drugi (2025)

Podsumowanie

Nie ma w obcowaniu z kulturą fajniejszego uczucia, niż otrzymać dokładnie to, czego się oczekiwało. A “Andor” znacząco przerósł oczekiwania.

Podczas tych dwudziestu czterech odcinków, cieszyłem się tu każdym detalem, po wielokroć odpalałem poszczególne sceny, a już po zakończeniu oglądania – od dłuższego czasu towarzyszy mi ścieżka dźwiękowa z serialu[4]Jej autorem jest Nicholas Brittel, który sprawdził się jako kompozytor m.in. przy “Sukcesji”. To muzyka zgoła inna od tej Johna Williamsa, lecz równie dobra. Choć w znacznej części też orkiestrowa, to jednak potężnie nasycona elektroniką. Jest przy tym na tyle istotna, że wręcz trudno wyobrazić sobie “Andora” bez niej, tymczasem z takiego “The Mandolorian” zapamiętałem jedynie motyw przewodni.

Z mojej perspektywy – lepszych Gwiezdnych Wojen, przynajmniej w serialowej postaci – już nie dostaniemy.

“Andor” (2022-2025)
Jednym zdaniem:
Lepszego serialu "Gwiezdne Wojny" nie dostaną już nigdy.
10
Trzeba!

Przypisy:

Przypisy:
1 Wiem, że wypada je wymieniać przynajmniej po “Imperium Kontratakuje” (1980), ale nie bawimy się tu w konwenanse, tym bardziej w obrębie fandomu SW.
2 Wymieniam na początku, bo to absolutna nowość w tym pełnym sierot uniwersum.
3 Bo powiedzmy sobie szczerze, że te nie zawieszają w tym względzie poprzeczki zbyt wysoko.
4 Jej autorem jest Nicholas Brittel, który sprawdził się jako kompozytor m.in. przy “Sukcesji”. To muzyka zgoła inna od tej Johna Williamsa, lecz równie dobra. Choć w znacznej części też orkiestrowa, to jednak potężnie nasycona elektroniką. Jest przy tym na tyle istotna, że wręcz trudno wyobrazić sobie “Andora” bez niej, tymczasem z takiego “The Mandolorian” zapamiętałem jedynie motyw przewodni
Dołącz do dyskusji

4 Komentarze

Dodaj komentarz
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *