“Archiwum 81” (2022)

Strach to uczucie znane wszystkim żywym stworzeniom. Każdy się czegoś boi, niezależnie od tego czy jest kruchą (ale wkurwiającą) muszką jednodniówką, czy ochroniarzem klubu “Balanga” w Żytomierzu, od dziecka karmionym radzieckim metanabolem. Oczywiście strach strachowi nierówny, w zależności od jego źródła. Czasami jest to delikatny lęk związany z wizytą u dentysty. Innym razem realny strach przed odkryciem przez żonę ile wydałeś na ostatniej wyprzedaży na Steamie. A kiedy indziej dzika, paniczna groza przed przedwiecznym bogiem – demonem, tylko czekającym, ażeby pożreć twe ciało, duszę i umysł.

Wielokrotnie przyznawałem, że lubię klimaty rozciągające się na szerokiej przestrzeni pomiędzy zwykłą “gęsią skórką”, a “nieokiełznaną sraką”. Popkulturowy strach, choć syntetyczny, bo wywoływany przez zjawiska na ekranie, na poziomie biochemii raczej niespecjalnie różni się od tego wywoływanego przez prawdziwe “straszydła”. Zachodzi tu zatem niezwykle rzadki przypadek, gdy można zarazem “zjeść ciastko i mieć ciastko”. Inaczej bowiem nie da się określić sytuacji, w której można się trochę “pobać”, bez ryzyka, że coś nadprzyrodzonego wyskoczy z krzaków i wpierdoli cię żywcem na drodze do domu.

Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami…

“Archiwum 81” pojawiło się znikąd i bez zapowiedzi. Nie było szumnych zwiastunów na rok przed premierą, ani plakatów na mieście. Skuteczny okazał się natomiast marketing szeptany. Taki np. Rafał, który zasadniczo odzywa się tylko wówczas, gdy w Europie Wschodniej wybucha kolejna wojna, tym razem pokusił się o wysłanie mi spontanicznej, niczym niesprowokowanej wiadomości: “Polecam Archiwum 81 na Netflix”. To zadziałało.

Rzecz opowiada historię nowojorskiego archiwisty – Dana (Mamoudou Athie), zatrudnionego przez tajemniczą spółkę do odrestaurowania kolekcji taśm wideo. Uratowane z pożaru kasety są rzekomo niezwykle kruche i nie można ich transportować, zatem protagonista zmuszony jest przenieść się na odludzie, do kompleksu równie enigmatycznego co zleceniodawca. Tam, podczas pracy nad taśmami odkrywa, że tuż przed tragedią, młoda kobieta o dźwięcznym imieniu Melody (Dina Shihabi) – dokumentowała na nich swoje życie i relacje ze spotkań z cokolwiek ekstrawaganckimi mieszkańcami strawionego przez ogień budynku. Początkowo Dan stara się zachować pełen profesjonalizm, ale gdy kolejne nagrania stają się coraz bardziej niepokojące, a na jednym z nich dostrzega postać swego dawno zmarłego ojca – zlecenie nabiera znacznie bardziej osobistego charakteru. W rezultacie, naszego bohatera coraz bardziej pochłaniają utrwalone na taśmach obrazy. Sam też zaczyna doświadczać trudno wytłumaczalnych zjawisk. Okazuje się, że budynek i zamieszkująca go społeczność miały naprawdę mroczne sekrety, a i protagonista nie został wybrany do swojego zadania przypadkowo.

“Archiwum 81” (2022)

… nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.

Powyższa historia bazuje na podcaście grozy z 2016 r., o tym samym tytule[1]Dostępnym tutaj: http://www.archive81.com i przynajmniej na początku – pozostaje pod ogromnym wpływem twórczości H.P. Lovecrafta. Owszem, zamiast miasteczka na zadupiu mamy wielopiętrowy budynek w Nowym Jorku, jednak jego społeczność, jej dziwne rytuały, sekrety i kult jaki oddaje zamkniętej w szafie, tajemniczej statuetce – to już klimaty Samotnika z Providence w czystej postaci. Podobnie jak w powieściach i opowiadaniach Mistrza, “Archiwum 81” nie straszy wyskakującymi z szaf maszkaronami i tonami ludzkich flaków, zamiast tego stawiając na tajemnicę, niepokój i przede wszystkim – strach przed nieznanym. Zasada jest prosta – ludzie znacznie bardziej boją się swojego wyobrażenia o tym, co może kryć się w ciemnościach, niż tego co tam faktycznie siedzi. Skutkiem powyższego, w pierwszych odcinkach serialu poświęconych budowaniu atmosfery – ta ostatnia jest gęsta i kompletna, a ciary popierdzielają po plecach, jak komornik po rejonie. Do okolic szóstego odcinka, rzecz odkrywa bowiem karty bardzo umiejętnie, tj. – powoli, ale konsekwentnie – nie pozwalając się nudzić. Innymi słowy – na ekranie robi się coraz ciemniej (oczywiście metaforycznie), a widz ma poczucie, że przed jego wzrokiem kryje się coś naprawdę złego i przerażającego.

Duża w tym zasługa znakomitej narracji. Ta jest prowadzona w dwójnasób, ze współczesnej perspektywy Dana – który widzi tylko to co jest na nagraniach; oraz z oczu Melody, która może i wie nieco więcej o przeszłych wydarzeniach, niezarejestrowanych przez kamerę, lecz z oczywistych powodów nie ma pojęcia do czego zmierzają. Montaż tych perspektyw jest płynny, a zbudowana w ten sposób całość – na tyle oryginalna i frapująca, że aż chce się ją połknąć na jednym posiedzeniu.

Niestety, z nieznanych powodów, na poziomie połowy szóstego odcinka, “Archiwum 81” spontanicznie mówi “sprawdzam” i rzuca wszystkie karty na stół. Niewypowiedziana groza dostaje fizyczną, wcale nie taką straszną (acz umiejętnie wykreowaną) postać, na dodatek posiadającą wyraźne ograniczenia, a nie ma chyba nic bardziej destrukcyjnego dla atmosfery, niż pokazanie bezsilności “potwora”. Banalna okazuje się też część, budowanych z mozołem wątków, np. na temat przeszłości Melody, czy motywacji zleceniodawcy protagonisty, a i samo rozwiązanie głównej osi fabuły – choć zaskakujące – z pewnością może rozczarowywać.

Finalnie zatem, “Archiwum 81” wyprzedaje wszystkie atuty, które wcześniej z taką wytrwałością (i wprawą) gromadziło. Powyższe nie zmienia jednak tego, że to jeden z najbardziej zaskakujących i oryginalnych seriali – nie tylko na Netflix – w ostatnich latach.

Wielka szkoda, że Netflix go skasował i rzecz nie dostanie drugiego sezonu.

“Archiwum 81” (2022)
JEDNYM ZDANIEM:
Całkiem rzetelny potwór z szafy.
7.5
Warto

Przypisy:

Przypisy:
1 Dostępnym tutaj: http://www.archive81.com
Dołącz do dyskusji

1 Komentarze

Dodaj komentarz
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *