“Assassin’s Creed” (2008)

"Assassin's Creed" (2008)

Jerozolima, Anno Domini 1191. Miasto kuli się pod ciężkim spojrzeniem popołudniowego słońca. Chronisz się przed upałem w cieniu rzucanym przez jedną z licznych świątyń, gdy nagle – po przeciwnej stronie placu – dostrzegasz swój cel. Bogato odziany mężczyzna pewnie wchodzi pomiędzy kramy kupców, jak gdyby eskorta zbrojnych, którymi jest otoczony gwarantowała mu nietykalność. Czujesz, że musisz uderzyć teraz, prędko, bo lepszego momentu nie będzie. Przez chwilę rozważasz przedarcie się wprost przez gęsty tłum spoconych i obleczonych kurzem ciał, ale uznajesz to za zbyt niebezpieczne i czasochłonne. Zamiast tego bierzesz krótki rozbieg i odbijasz się od kamiennego murku, by wzbić się wyżej i uchwycić poprzecznej belki biegnącej nad ulicą. Podciągasz się, a następnie wspinasz po okiennicy i kilka sekund później jesteś już na dachu budynku. Teraz przemieszczasz się bez przeszkód, szybko zbliżając się do celu. Gdy spadasz na niego z góry z ostrzem ukrytym w dłoni, widzisz tylko błysk przerażenia w białkach jego oczu.

Nie wiem co mnie bardziej zaskoczyło. To, że od premiery pierwszego “Assassin’s Creed” na PC minęło już jedenaście lat, czy fakt, że przez ten okres Ubisoft zdołał wypuścić aż dziesięć kolejnych odsłon swej sztandarowej sagi o rywalizacji Asasynów i Templariuszy[1]I to nie uwzględniając kilkunastu dwuwymiarowych spin-offów.. O ile jednak to pierwsze może trochę smucić[2]Wiadomo, czas to zimna, bezlitosna korposuka., to okoliczność, że praktycznie co roku dostajemy nowego “Asasyna” należy już uznać za dobrą wiadomość. Abstrahując bowiem od zarzutów stawianych serii, a dotyczących rzekomo wtórnej mechaniki czy nieatrakcyjnej fabuły – dzieło Francuzów, jest dla mnie najfajniejszą wycieczką w przeszłość, jaka trafiła na ekrany komputerów.

"Assassin's Creed" (2008)
Akka. Miasto upadłe.

Opowieść w opowieści, czyli Asasyni, Templariusze i III krucjata

Nim jednak przejdziemy do zachwytów nad architekturą średniowiecznych miast, przypomnijmy – że całościowo fabuła gry ma charakter opowieści szkatułkowej. Z jednej bowiem strony poznajemy współczesną (lub osadzoną w niedalekiej przyszłości) historię Desmonda Milesa, prostego kelnera więzionego w nieznanym miejscu przez korporację Abstergo. Z drugiej natomiast, animujemy jego średniowiecznego przodka – Altaira – członka Zakonu Asasynów[3]W realiach gry – ćwierćlegendarnej sekty zabójców, która stara się przetrwać pomiędzy siłami Krzyżowców i Saracenów. W realiach historycznych – szyickiej sekty nizarytów, która zasłynęła przeprowadzeniem szeregiem mniej lub bardziej samobójczych zamachów na średniowiecznych władców, który – po zanotowaniu upokarzającej i degradującej klęski (w ramach samouczka) – dąży do rehabilitacji i odkupienia. Obie, wyżej wskazane historie spaja ze sobą urządzenie o nazwie Animus – pozwalające Desmondowi na odczytywanie wspomnień swego średniowiecznego antenata.

Osobiście nigdy nie byłem fanem współczesnych wstawek w Asasynach, a tym samym wątków związanych z Animusem. W pierwszej odsłonie sagi nie są one jednak podane w szczególnie drażniący sposób i mają sensowne uzasadnienie fabularne. Sprowadzając je w zasadzie do absolutnego minimum, scenariusz gry pozwala zapomnieć, że to tylko “fikcja w fikcji”. Dzięki temu możemy spokojnie zanurzyć się w mrokach średniowiecza, a precyzyjniej – w rzeczywistości roku 1191, w którym to Europejczycy, w ramach kolejnej wyprawy krzyżowej, po raz trzeci postanowili wyeksportować Chrześcijaństwo na Bliski Wschód.

"Assassin's Creed" (2008)
Damaszek o wchodzie słońca.

“i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden
on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania”

A jest się w czym zanurzać, bo gra oferuje do zwiedzenia takie miejscówki, jak świeżo odbita przez Saladyna Jerozolima; jeszcze bardziej świeżo odbita przez Ryszarda Lwie Serce Akka i Damaszek, który tymczasowo został pozbawiony wątpliwej przyjemności bycia świeżo odbitym. Sposób w jaki “Assassin’s Creed” ukazuje wyżej wskazane miejscówki, to dla mnie crème de la crème produkcji Francuzów. Miasta są olbrzymie, żywe i pełne urzekających detali. Mieszkańcy tłumnie przechadzają się ulicami, załatwiając swoje sprawy na targach i przy świątyniach, wznosząc przy tym gwar przed którym przyjemnie jest się schować np. w cieniu wąskich ścieżek wepchniętych pomiędzy ciasną, miejską zabudowę.

Oczywiście – z powodu braku zachowanych źródeł – nie możemy tu mówić o tym poziomie odwzorowania aglomeracji co przy Los Angeles z L.A. Noire, ale to jak doskonale Ubisoft wypełnił życiem i historią wykreowane na potrzeby gry miasta, nawet po jedenastu latach niezmiennie robi ogromne wrażenie. Tu też, podobnie jak we wspomnianej produkcji TeamBondi włóczyłem się nieraz po miejscu akcji dla samego zwiedzania, porównując zachowane do czasów współczesnych miejscówki z tym jak odtworzono je w grze[4]O czym już zresztą wspominałem w drugim odcinku Detaliska.. I tylko trochę szkoda, że poszczególne dzielnice (każde miasto ma trzy) otwierane są wraz z rozwojem fabuły, bo ściany je odgradzające, są niestety jak najbardziej widzialne i trochę wytrącają z immersji.

"Assassin's Creed" (2008)
Jerozolima wyzwolona.

Wspinam się, więc jestem

Pod względem konstrukcji rozgrywki, pierwsze “Assassin’s Creed” daje się opisać jako swoisty miks “Prince of Persia” (dużo biegania, skakania i wspinania się) oraz “Hitmana” (zabójstwa na zlecenie, planowanie działań). Produkcja okazała się jednak na tyle oryginalna, że po premierze gry do języka branży natychmiastowo weszło sformułowanie – “gra w stylu Assassin’s Creed”. I nic dziwnego, bo unikalność mechaniki zaznacza się tu przykładowo możliwością wspięcia się na dowolny obiekt zapewniający odpowiednie oparcie dla rąk i nóg, czyli faktycznie – na 9/10 zabudowań. Powyższe, wraz z parkourem, z miejsca stało się zresztą wizytówką serii, stopniowo ulepszaną w kolejnych odsłonach.

Jeżeli chodzi o pretekst do tych wszystkich aktywności, to w ramach pchania fabuły do przodu, przyjmujemy i realizujemy kolejne zlecenia Mistrza Zakonu – Rashida Ad-Din Sinana (AKA – Al Mualim lub Starzec z Gór). Wygląda to tak, że Starzec wyznacza nam właściwy cel w postaci lokalnego kacyka lub innego gada w ludzkim ciele, a naszym zadaniem jest kolejno:
1) dostać się na miejsce (najszybciej konno, bo od każdego z miast dzieli nas spory kawałek bardzo ładnie wymodelowanego terenu) i skontaktować się z lokalnym biurem Asasynów;
2) przeprowadzić “śledztwo” w celu ustalenia słabych stron nieszczęśnika, którego musimy wyciąć z kart historii (w przenośni i dosłownie) i zdać raport z poczynionych ustaleń w lokalnym biurze Asasynów;
3) zaplanować atak i w końcu uderzyć na cel, a następnie uciec przed pogonią.

"Assassin's Creed" (2008)
Zaprawdę słodkie jest życie takiego Asasyna, w każdym porcie inna dziewczyna.

Cztery łyżki dziegciu

Szkoda, że niestety do każdej z powyższych aktywności – poza ostatnią, czyli samym zamachem na wyznaczony cel – można się przyczepić.

Bo jeśli chodzi o podróżowanie pomiędzy miastami, po tzw. “Królestwie”, to choć teren jest obszerny i potrafi ucieszyć oko – jest zasadniczo pozbawiony aktywności[5]poza “znajdźkami”, za zebranie których zresztą nic nie dostajemy.. Można oczywiście dla krotochwili wdać się w bójkę z kręcącymi się tu i ówdzie wojakami, ale nie ma to wielkiego sensu, jako że w grze brak elementów RPG. Walki nie dają nam zatem ani żadnego doświadczenia, ani nawet lepszego ekwipunku, który można by zabrać zabitym. W rezultacie, wszystkie te urokliwe górskie wioski, przełęcze i doliny – poza dostarczaniem wrażeń estetycznych – są całkowicie bezużyteczne, a gra spokojnie mogłaby się bez nich obyć.

“Śledztwa” natomiast – wbrew nazwie – to niestety tylko seria prostych, krótkich i bardzo powtarzalnych zadań z serii: “przeprowadź mnie przez miasto”; “zbierz wszystkie flagi”; “zniszcz kramy kupców”; “podsłuchaj kogoś”; “przesłuchaj kogoś”, etc. Szczerze mówiąc – w tekście wygląda to nawet lepiej, niźli okazuje się w rzeczywistości. Najbanalniejsze zadanie dodatkowe – ze wspominanego tu już “L.A. Noire” – prezentuje wyższy poziom, niż najambitniejsze ze “śledztw” w “Assassin’s Creed”.

"Assassin's Creed" (2008)
Typowa impreza w akademiku.

Fabularnie dzieło Francuzów też szczególnie nie porywa. Owszem, ogólna idea stojąca za całą sagą, tj. rywalizacja Templariuszy i Asasynów o artefakty Pierwszej Cywilizacji – jest całkiem ciekawa, lecz ta konkretna historia opowiedziana w pierwszej grze z serii jest nieco zbyt sztampowa i przewidywalna. Motyw przemiany i “odkupienia” Altaira jest – delikatnie mówiąc – mało wiarygodny i niezbyt umiejętnie poprowadzony, a zakończenia, do którego zmierza cała opowieść można się domyślić grubo przez półmetkiem rozgrywki. Słaby i rażący teatralnością wydał mi się też polski dubbing, dlatego władającym mową Shakespeare’a radziłbym się “przełączyć”. Gra tylko zyska.

Wreszcie – potężnie rozczarowuje zakończenie. To, że ma otwarty charakter nieszczególnie mnie zaskoczyło, bo “Assassin’s Creed” od razu było zapowiadane jako trylogia. Natomiast nie sposób się nie przyczepić do tego, że po serii całkiem ciekawych zamachów na wyznaczone persony, na finisz gra proponuje tunel wypełniony dziesiątkami wojaków do pokonania w powtarzalnych walkach. Nuda.

Summa summarum

Gdy tak zerkam do recenzji aktualnych na 2007 r./2008 r.[6]Gra najpierw wyszła na konsole, a dopiero w rok później na PeCety., wychodzi mi, że “pierwszy Asasyn” zachwycił recenzentów oprawą graficzną i dźwiękową, kapitalnymi animacjami biegu, wspinaczki i walki oraz pomysłem na rozgrywkę (“średniowieczny Hitman” – co jednak jest pewnym nadużyciem, bo tu nie bawimy się w przebieranki, cele likwidujemy wyłącznie za pomocą ostrza, a i ataki z ukrycia nie są regułą). Zraził natomiast przede wszystkim brakiem sensownych aktywności pobocznych. W jedenaście lat później – generalnie nadal mógłbym się pod tym wszystkim podpisać, ale ocena końcowa nie może już być tak wysoka jak wówczas.

“Assassin’s Creed” to z pewnością nie “dziadeczek”, jak niektóre z recenzowanych tu produkcji, ale współcześnie część opisanych powyżej rozwiązań irytuje bardziej, niż przed dekadą. Stąd taka, a nie inna ocena pod tekstem.

“Assassin’s Creed” (2008) w statystyce:

Ukończenie gry na 100%, tj. zaliczenie wszelkich zadań składających się na główny wątek i odnalezienie wszystkich "znajdziek" (flagi, templariusze) zajęło mi ok. 34 godziny.

“Assassin’s Creed” (2008)
Podsumowując:
Nadal grywalny bilet do średniowiecznego świata.
Na plus:
Świetnie odwzorowane i porządnie udźwiękowione średniowieczne miasta: Jerozolima, Damaszek i Akka.
Skakanie po dachach wciąż bawi (tym bardziej, że matka nie krzyczy: "złaź, bo spadniesz!").
Na minus:
Nudne aktywności poboczne.
Nieprzekonująca fabuła wypełniona banalnymi postaciami.
Fatalna końcówka.
7.2
WARTO

Przypisy:   [ + ]

1. I to nie uwzględniając kilkunastu dwuwymiarowych spin-offów.
2. Wiadomo, czas to zimna, bezlitosna korposuka.
3. W realiach gry – ćwierćlegendarnej sekty zabójców, która stara się przetrwać pomiędzy siłami Krzyżowców i Saracenów. W realiach historycznych – szyickiej sekty nizarytów, która zasłynęła przeprowadzeniem szeregiem mniej lub bardziej samobójczych zamachów na średniowiecznych władców
4. O czym już zresztą wspominałem w drugim odcinku Detaliska.
5. poza “znajdźkami”, za zebranie których zresztą nic nie dostajemy.
6. Gra najpierw wyszła na konsole, a dopiero w rok później na PeCety.
Tagi:
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *