“Barbarzyńcy” – sezon pierwszy (2020)

W 2005 r. produkcja HBO i BBC zatytułowana po prostu “Rzym” wyznaczyła limes superior dla telewizyjnych widowisk historycznych osadzonych w głębokiej przeszłości. Niestety jakość scenariusza, poziom aktorstwa i scenografii, a tym samym miłość zarówno widzów, jak i krytyków miały swój koszt (jakieś 200 mln dolarów). Trudno zatem się dziwić, że na długie lata telewizyjne molochy zaprzestały poważniejszych wycieczek do antyku i narażania się na nieuchronne porównania z wyżej wskazanym arcydziełem[1]“Spartacusa” (2010-2013) wyprodukowanego przez Starz nie liczę, bo porównywanie go z “Rzymem”, to jak porównywanie piłki nożnej z hokejem na trawie..

Szczęśliwie jest Netflix, który nie boi się od czasu do czasu powiedzieć światu – “Potrzymaj mi piwo!”.

I teraz właśnie jest ten moment, w którym powinienem napisać, że dzięki protekcji bogatego, amerykańskiego wujka – wreszcie ktoś rzucił rękawicę legendzie. Że “Barbarzyńcy” to dzieło niemalże kompletne, wspaniale zagrane i jeszcze lepiej napisane. Że będę je wspominał z “michą” na twarzy przez najbliższe piętnaście lat.

Niestety, drogie dzieci, świat nie spełnia marzeń, ni oczekiwań. Na wszystko trzeba sobie zapracować. A my najwyraźniej wciąż nie zasłużyliśmy na drugi “Rzym”.

“Barbarzyńcy” to nie jest zły serial, ale daleki jest od choćby nieśmiałego wychylenia głowy ponad przysłowiową “netflixowska przeciętność”. Trudno zaprzeczyć, że ma na siebie pomysł, co objawia się chociażby w tym, że aktorzy grający Rzymian posługują się tu płynną łaciną, jak bogowie z Panteonu przykazali. To jednak bardziej ciekawostka, niż rzeczywisty atut, na dodatek blednąca na tle wad całości. Przede wszystkim, jakkolwiek w strojach i realizacji czuć pewien pieniądz, wyraźnie widać też, że nie było go tak dużo, ile potrzeba dla wykreowania wrażenia prawdziwości świata. Gdy oglądałeś pierwszy odcinek “Rzymu” (wybaczcie, ale tych porównań nie da się uniknąć), czułeś że to będzie coś wielkiego, obszernego i epickiego. “Barbarzyńcy” tymczasem nawet przez moment nie zbliżają się do tego poziomu. Przez te sześć godzinnych odcinków, od początku do końca, pozostają w gruncie rzeczy skromnie skrojoną opowieścią, nawet gdy na ekranie toczą się bitwy o skali znacznie wykraczającej ponad to, co zaprezentowano w arcydziele HBO. Nie do końca jestem pewien, czy to wyłącznie efekt zastąpienia setek statystów CGI, czy może swój udział w powyższym ma też konstrukcja scenariusza, natomiast – w mojej ocenie – dość istotnie wpływa to na odbiór całości.

Sam pomysł na opowieść jest za to ciekawy. Otóż, jako że za serialem stoją nasi zachodni sąsiedzi, postanowili opowiedzieć o głośnym, lecz na pewno nie powszechnie znanym wydarzeniu, jakim było zmasakrowanie legionów rzymskich przez plemiona germańskie w Lesie Teutoburskim, w trzydziestym szóstym roku panowania Cesarza Augusta. Poznajemy zatem jeden z niemieckich mitów założycielskich, oczywiście z barbarzyńsko-germańskiej perspektywy. Ta wydaje się być cokolwiek współczesna, tj. barbarzyńcy poza sferą religijną niespecjalnie różnią się mentalnością od “mieszkańców” XXI w. Osobiście, jako zwolennik tezy, że człowiek i ludzie jako zbiorowość, nie zmienili się istotnie w ciągu ostatnich kilku tysięcy lat, znajduję takie ujęcie jako ciekawe, natomiast w “Barbarzyńcach” chyba jednak ździebko przesadzono z “ucywilizowaniem” germanów. Wygłaszają oni bowiem nadzwyczaj rozbudowane i elokwentne monologi, przejawiając ponadto skłonność do filozofowania na poziomie wczesnego Hegla. Cierpi na tym trochę wiarygodność świata przedstawionego.

Jeszcze większym problemem całości jest absolutny brak charyzmy wśród aktorów grających centralne postacie. Arminiusz w wykonaniu Laurence’a Ruppa jest kompletnie bezpłciowy. Thusnelda – zagrana przez Jeanne Goursaud – zaś absolutnie niewiarygodna (w pejoratywnym tego terminu znaczeniu). Folkwin, Davida Schüttera – jeszcze momentami daje radę, ale ostatecznie też sprawia wrażenie kogoś wyciągniętego z teen-dramy, a nie bohatera mniej lub bardziej poważnego serialu historycznego. Żadne z wyżej wymienionych wymienionych nie ma cech, które pozwoliłyby im porwać tłum czterdziestu tysięcy ziomków do walki przeciwko najpotężniejszego imperium Antyku. Na ich tle zdecydowanie lepiej wypadają starsi stażem aktorzy (niezły Gaetano Aronica w roli Warusa i Bernhard Schütz w roli Segestesa), ale cóż – są oni tylko tłem dla trójki głównych bohaterów.

“Barbarzyńcy” – sezon pierwszy (2020)

W konsekwencji w swojej konwencji “Barbarzyńcy” zawodzą. Może nie na całej linii, ale trudno określić całość innym przymiotnikiem, niż “rozczarowanie”, nawet założywszy brak większych oczekiwań co do produkcji Netflixa. Przebrnąłem przez serial może i bez grymasu, ale i bez przesadnej przyjemności, a momentami oglądałem to bardziej z obowiązku (jak już coś zaczynam, to wolałbym doprowadzić to do końca, zanim zacznę nowe), niźli z zainteresowania.

Zapowiedź Netflixa, że będzie drugi sezon, przyjmuję raczej z zaskoczeniem. Zaraz, zaraz – skasowaliście lepszy “Marco Polo” (2014-2016), ale pchacie pieniądze w “Barbarzyńców”? W mojej ocenie ludzie stojący za tymi ostatnimi, nie mają talentu do tkania ciekawych wątków i bez fajerwerków w postaci finalnej bitwy z pierwszego sezonu (całkiem niezła, ale daleko od pierwszej ligi) trudno będzie im utrzymać widownię. Będąc zupełnie szczerym – ja tam nie czekam.

A gdybym miał oceniać całość po pierwszym sezonie, to dałbym co najwyżej 5.5/10.

Przypisy:

Przypisy:
1 “Spartacusa” (2010-2013) wyprodukowanego przez Starz nie liczę, bo porównywanie go z “Rzymem”, to jak porównywanie piłki nożnej z hokejem na trawie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *