“Colin McRae Rally” (1998)

Nie da się ukryć, że pierwsza odsłona rajdowych “ścigałek” ze stajni Codemasters to już konkretny staroć. Grafika jest płaska i paskudna jak dekoracje w historycznych telenowelach Telewizji Polskiej, a możliwości rozgrywki ubogie, niczym emerytura z ZUS. Jeżeli jednak chodzi o model jazdy i frajdę z pokonywania na szutrze kolejnych zakrętów, to “dziadeczek Colin” wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć.

Zacznijmy od wyjaśnień, że wbrew chronologii tekstów – “jedynkę” dość solidnie ograłem na kilka lat przed “dwójką”, gdzieś w 2011 r. Już wtedy wydawała mi się bardzo archaiczna[1]A pisze to człowiek, który generalnie lubi grać w stare gry, co zresztą potwierdzają opisywane na stronie pozycje., nawet na tle jeszcze starszego “Need for Speed II”[2]Tekst o tymże zapewne w dalekiej przyszłości, choć co jakiś czas nadal zdarza mi się go odpalić i zrobić kilka kółek na “Mediterranean”.. Zmogłem w niej jednak bez specjalnego bólu kilkadziesiąt pojedynczych rajdów i dwa pełne sezony Mistrzostw.

Piętnaście lat później lat później nie grało mi się w pierwszego “CMRa”, ani lepiej, ani gorzej, choć w międzyczasie trochę pojeździłem w najnowszych dziełach Codemasters z serii “Dirt” i “Grid”. Nic chyba nie dowodzi lepiej, że osiągnąwszy wiek emerytalny – pierwsza z gier sygnowanych nazwiskiem słynnego Szkota – po prostu przestała się dalej starzeć.

“Colin McRae Rally” (1998)
Rajd Podbeskidzia. Odcinek w Pewli Ślemieńskiej.

“…żebrząc wciąż o benzynę, gnałem przez noc, silnik rzęził ostatkiem sił…”

Przy okazji recenzji “Colin McRae Rally 2.0” (2000) wspominałem już, że jeżdżę “chujowo, ale bezpiecznie”. Dodam tu zatem tylko, że perspektywa bycia kierowcą skromnego, ledwie dwustukonnego “germańca”, nie pozwala mi rzetelnie ocenić, czy “Colin McRae Rally” jest “realistyczną” grą rajdową. Mogę natomiast pokusić się o stwierdzenie, że na facecie, który na autostradzie dał się ostatnio wyprzedzić autobusowi turystycznemu, rzecz robi wrażenie kompetentnej.

Na zachowanie samochodu wpływa tu bowiem kilka czynników: rodzaj nawierzchni, masa pojazdu, oraz wybrane/zastosowane – ogumienie, twardość zawieszenia, rozkład siły hamowania, czułość układu kierowniczego, ustawienie przełożeń w skrzyni biegów, etc. W “CMR” zaimplementowano też ograniczony model zniszczeń kluczowych elementów pojazdu, które wydatnie wpływają na jego osiągi i to jak się go prowadzi. Jednocześnie, pomimo tylu detali – przyjęty model jazdy, oparty na pewnej bezwładności samochodu – pozostaje i bardzo intuicyjny, i niesamowicie “frajdogenny”. Nie trzeba się go przy tym specjalnie uczyć, mimo że tak mocno odbiega od czystych zręcznościówek w rodzaju “Need for Speed”, ani poświęcać godzin na znalezienie optymalnych ustawień danego pojazdu dla konkretnego odcinka.

Tu akurat – w przeciwieństwie do “dwójki” – grałem na klawiaturze, przeważnie zdając się na wybór komputera w kwestii dostosowania pojazdu do warunków panujących na trasie (poza oponami). A i tak – przy pokonywaniu kontrolowanym ślizgiem kolejnych zakrętów i “obliczaniu” optymalnych kątów skrętu – wciąż dobrze się bawiłem, notując wyniki pozwalające na dwukrotne sięgnięcie po Mistrzostwo (przy komplecie zwycięstw we wszystkich dostępnych rajdach), odpowiednio na “średnim” (domyślnym) i “najwyższym” stopniu trudności. Jeżeli zresztą chodzi o stopniowanie trudności, to podobnie jak u nieco młodszego brata – dostępne są trzy: nowicjusz (Novice) – zaawansowany (Intermediate) – ekspert (Expert). Ten pierwszy klasycznie jest zbyt łatwy. Ten drugi – w sam raz dla tych, którzy rozróżniają strzałki w prawo i w lewo na klawiaturze. A ten trzeci – zbyt trudny jak na relaksującą sesję – ale w dłuższej perspektywie dający też największą satysfakcję. Tylko kto ma “dłuższą perspektywę” dla gry z 1998 r.?

“Colin McRae Rally” (1998)
Nawet ukończenie “Szkoły Jazdy” prowadzonej przez Colina, nie daje gwarancji uniknięcia wpierdolenia się w krzaki na tzw. “pełnej kurwie”.

“…mąż tam w świecie za funtem, odkładał funt, na Toyotę przepiękna, aż strach…”

Jeżeli chodzi o opcje rozgrywki, to wielkiego wyboru tu nie ma. Można ścigać się z czasem w rajdzie wybranego kraju lub wyłącznie na konkretnych odcinkach (w ramach tzw. “próby czasowej”), a także wziąć udział we wspomnianych Mistrzostwach. Te ostatnie pozwalają oczywiście rozegrać komplet rajdów na drogach i bezdrożach, kolejno: Nowej Zelandii, Grecji, Monte Carlo/Austrii[3]pierwotnie był to “Rajd Monte Carlo” i tak też widniał w wersji, którą ogrywałem, ale w późniejszych edycjach rajd ten został przechrzczony na “Rajd Austrii”, Australii, Szwecji, Korsyki, Indonezji i w końcu Wielkiej Brytanii. W przypadku grania w pojedynkę, satysfakcję musi dawać nam bicie swoich własnych czasów i ogólnego wyniku punktowego, bo próżno szukać tu np. czegoś głębszego, w rodzaju “trybu karieru”, będącego standardem we współczesnych “ścigałkach”.

W drodze do ukończenia:

To było moje nemezis już na przeciętnym stopniu trudności, nawet nie z uwagi na czasy, które trzeba było osiągnąć, lecz przede wszystkim na problemy z psującym się samochodem. Nie wiem czym jest to warunkowane w grze, ale już po pierwszych dwóch odcinkach Rajdu Wielkiej Brytanii (a w grze jest ich sześć + odcinek specjalny, z możliwością zapisania stanu gry, odpowiednio po drugim, czwartym i szóstym) - ze skrzyni biegów i silnika zostawały mi wióry i musiałem "wybierać", czy udostępniony czas na naprawy przeznaczyć na napęd, czy na biegi.

Plan był zatem taki, by Mistrzostwa na "expercie" wygrać zwycięstwami na trasach, na których jestem dobry, no i na których nadsterowne Audi Quattro, którym grałem - będzie mogło się rozpędzić. I ten plan zadziałał w przypadku Nowej Zelandii, Grecji (kiedyś tu też miałem problemy - nie bardzo wiem, z czym), w Monte Carlo, w Australii, a nawet w Szwecji. Po zaliczeniu tych rajdów zakiełkowała myśl, by nie tylko zdobyć najwięcej punktów w Mistrzostwach, ale wręcz "wymaksować" całość, wygrywając każdy z ośmiu rajdów. Następna w kolejce Korsyka to już było wyzwanie, bo nie było gdzie się rozpędzać, jednak jakoś się udało. W Indonezji walczyłem zaś przede wszystkim z powtarzającymi się zawieszkami gry (niezbyt lubi się z Win10, nie mówiąc już o współczesnym sprzęcie), przez które straciłem mnóstwo dobrych czasów. Niemniej - przebrnąłem.

Początkowo, ostatnie na liście UK nie wydawało się trudniejsze niż poprzednicy - tyle, że przez wspomniane crashe, znowu trzeba było powtarzać poszczególne odcinki. Ostatecznie pierwszy odcinek zaliczyłem z przewagą przeszło 14 sekund, a w drugim zwyciężyłem o jakieś symboliczne ułamki sekundy. W trzecim byłem natomiast o pół sekundy, a w czwartym aż o 10 sekund wolniejszy, niż triumfujący tu, tytułowy Colin McRae. Po tych czterech odcinkach hamulce i układ sterowniczy były już w połowie "paska zdrowia", a hamulce i silnik na samym dnie, tak że trzeba było naprawić ten ostatni, żeby w ogóle toczyć się do przodu. Piąty odcinek wyszedł mi jednak nadzwyczaj dobrze, bo aż o 15 sekund lepiej, niż drugiemu kierowcy (a to już przepaść). Łącznie dało to minimum 19 sekund przewagi nad resztą stawki przed finałem - nocną jazdą, w deszczu, po jakichś, kurwa, bezdrożach, ledwie toczącym się samochodem.

Powiem tak - w tym ostatnim odcinku czuć było jak to Audi zdycha, jak nie może zebrać się z błota, jak ledwie mieli kołami, marnując cenne sekundy. Pierwszy pomiar czasu - 3 sekundy do tyłu, drugi - nadrobione 2 sekundy (co dawało jakąś nadzieję), ale już trzeci - 5 sekund do tyłu i od tej pory było już tylko gorzej i moja strata się powiększała. Od naprzemiennego wciskania przycisków na klawiaturze zaczęły mnie normalnie boleć łapy. Przedostatni pomiar - 17 sekund straty - no to się nie mogło dobrze skończyć. Docisnąłem strzałkę do przodu, poleciałem już na ślepo w ciemność, przeciąłem jakiś zakręt, potem prawie obróciło mnie o 180 stopni, ale jest - przeciąłem linię mety.

A tam 19 sekund straty.

A jednak - okazało się, że tym razem Colin też pojechał gorzej i wygrałem z nim o 4 sekundy.

Właśnie za takie emocje kocham gry.

Przyjemną ciekawostką, pozwalającą poznać podstawy prowadzenia samochodu jest za to “Szkoła Jazdy”, w której rad udziela nam sam, śp. Mistrz Colin. Jej ukończenie wymaga “odhaczenia” szeregu zadań, m.in. na placu manewrowym.

“Colin McRae Rally” (1998)
To wszystko na co możecie liczyć po wygranym wyścigu. Żadnych oklasków, żadnych szampanów, ani zdjęć z hostessami.

Trudno się tego czepiać, bo zasadniczo “widziały gały, za co się brały”, ale z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze, że zarówno pod względem dźwięku, jak i wizualnie “CMR” zestarzał się bardzo słabo. Dość powiedzieć, że na wygląd gry narzekano już w 2001 r., a co dopiero teraz. Samochody rzężą zatem jak niemowlak z zapalaniem krtani, a pojedyncze piksele tworzące grafikę są na tyle duże i ostre, że mogą wręcz wybić oko.

Gdyby ktoś się łudził – w ruchu produkcja Codemasters też wcale nie zyskuje, nadal kłując narząd wzroku.

“Colin McRae Rally” (1998)
Duma bez uprzedzenia.

“Colin McRae Rally” (1998) w statystyce:

Wygranie całych Mistrzostw, jak i wszystkich pojedynczych rajdów na stopniach trudności: “Intermediate” oraz “Expert” zajęło mi około 20,5 godziny.

Werdykt

Nie wiem ile w tym sentymentu, a ile rzeczywistej mocy pierwszego “Colina”, ale raz – że fajnie było wrócić do tych wszystkich tras i odcinków, które jakimś cudem ostały się w pamięci po kilkunastu latach[4]Od początku notowałem lepsze wyniki, niż piętnaście lat temu.; dwa – że równie dobrze było jeszcze raz zasiąść za kółkiem tych wszystkich moto-legend jak Subaru Impreza WRC, Audi Quattro, Mitsubishi Lancer E4, Toyota Corolla WRC, czy – moja ulubiona – Lancia Delta Integrale (nic nie poradzę, że mam słabość do tych kantów, choć zupełnie nie umiem ich prowadzić).

Trudno jednak ukryć – tak jak w przypadku jego nieco młodszego brata – że przy tej ilości współczesnych sensownych rajdówek, po przeszło dwudziestu latach, jest to już bardziej ciekawostka, niż rzecz, którą można by komuś z czystym sercem polecić do ogrania.

“Colin McRae Rally” (1998)
Podsumowując:
W 1998 r. jak Mitsubishi Lancer V i niestety w 2019 r. dalej jak Mitsubishi Lancer V.
Na plus:
Nadal potrafi namówić do rozegrania kilku rajdów.
Na minus:
Po ukończeniu Mistrzostw na najwyższym stopniu trudności nie zostaje do zrobienia nic poza poprawianiem poszczególnych czasów.
Oprawa audiowizualna z czasów pierwszych Piastów.
6
MOŻNA

Przypisy:

Przypisy:
1 A pisze to człowiek, który generalnie lubi grać w stare gry, co zresztą potwierdzają opisywane na stronie pozycje.
2 Tekst o tymże zapewne w dalekiej przyszłości, choć co jakiś czas nadal zdarza mi się go odpalić i zrobić kilka kółek na “Mediterranean”.
3 pierwotnie był to “Rajd Monte Carlo” i tak też widniał w wersji, którą ogrywałem, ale w późniejszych edycjach rajd ten został przechrzczony na “Rajd Austrii”
4 Od początku notowałem lepsze wyniki, niż piętnaście lat temu.
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *