“Diuna” (2021)

"Diuna" (2021)

Porozmawialiśmy z Owenem ze Stacja Kosmiczna o “Diunie”, czyli najważniejszym science-fiction 2021 r. Oczywiście film widzieliśmy już w październiku, ale tak dobrze nam się dyskutowało, że produkcja niniejszego tekstu trwała aż dwa miesiące. W ramach osobistego wtrętu wspomnę, że “Diuna” Herberta, to – obok “Solaris” Lema i “Hyperiona” Simmonsa – moja ulubiona książka. Dawno dawno temu, w podstawówce przeczytałem całość w dwa dni i emocjonalny rollercoaster jaki fundowała, został ze mną na zawsze. Dlatego na ekranizację autorstwa Villenueva czekałem z wielkimi nadziejami od pierwszych zapowiedzi.

Owen: Nie będę ukrywał, że najnowsza produkcja w reżyserii Denisa Villenueva była chyba najbardziej wyczekiwanym przeze mnie filmem w zeszłym roku. Pech, a może wprost przeciwnie – szczęśliwy zbieg okoliczności sprawiły, że utwór mogliśmy obejrzeć dopiero w tym sezonie. I nie bez powodu wspominam o tym dziwnie rozumianym szczęściu tudzież zimnej krwi, bo mam świadomość, jak bardzo ten projekt utopiłby się finansowo w covidowych falach pandemii. Choć i tak został częściowo ograbiony z zysków przez różne daty premiery w poszczególnych częściach świata; a także, a może przede wszystkim, przez równoczesną dystrybucję cyfrową. Szczerze mówiąc, nie rozumiem podejścia wytwórni, która w przypadku tak gigantycznego blockbustera, nie powinna eksperymentować.

Marcin: Model dystrybucji faktycznie był ryzykowny, a może i wręcz głupi, ale jednocześnie za obejrzeniem “Diuny” na wielkim ekranie przemawiało tak wiele rzeczy, że trudno było mi przyjąć założenie, że to może się nie udać. W zasadzie wszystkie informacje, które spływały na temat filmu rozgrzewały kocioł, przepraszam – “szum-pociągu” – do czerwoności, tak że pod koniec znacznie wydłużonego okresu oczekiwania popierniczał znacznie szybciej, niż ten towarzyszący pierwszej odsłonie nowej trylogii “Star Wars”, czy kontynuacji “Blade Runnera”.

Bo raz – to jednak próba ekranizacji (numer 3 albo i 4, wliczając projekt Jodorowskiego ograniczający się do szkiców koncepcyjnych) powieści, do opisania statusu której, nawet takie słowa jak: “kultowa”, czy “klasyk” wydają się nieco zbyt małe, a termin “arcydzieło” wcale nie zbyt duży. Ilekroć jestem na jakimś spotkaniu ludzi, którzy za młodu zbyt długo gapili się w nocne niebo i pojawia się temat ulubionej powieści sf, zawsze gdy ktoś rzuca hasłem “Diuna”, wszyscy naraz zgodnie kiwają głowami: <<No tak, przecież “Diuna”>>. Po drugie – rzecz dostała nieziemską obsadę, na którą żaden inny film by nie zasługiwał. Nazwiska które znalazły się na plakatach to przecież aktualne góry tej branży, zawodnicy mocni, charakterystyczni i dopasowani do swoich postaci (o czym niżej). Po trzecie – wiadomo – Dennis. Można mu pewnie zarzucać jakieś rzeczy (podobno zawinął ze sklepu batona ryżowego, na wycieczce do Montrealu, w trzeciej klasie podstawówki), ale gdy już bierze się za film, wiadomo że dowiezie minimum niezły.

Owen: Cieszę się, że wspomniałeś o Jodorowskym, bo to świetny punkt wyjściowy do dyskusji na temat najnowszej adaptacji. Nie tylko dlatego, że projekt Chilijczyka okazał się gigantycznym bodźcem dla kina fantastycznego pod koniec lat 70-tych (“Alien”, “Star Wars” itp.), ale przede wszystkim z powodu jego ekscentrycznego podejścia do książkowego pierwowzoru. Osobiście mam z tym zagadnieniem problem, bo z jednej strony chciałbym zobaczyć kolorowy i niewątpliwie przebajerowany stylistycznie epos; a z drugiej strony wiem, że ostatecznie, poza bardzo ogólną interpretacją głównej osi fabularnej, miałby niewiele wspólnego z dziełem Herberta.

Co więcej, ten sam zestaw błędów popełniła moim zdaniem ekipa realizacyjna Dino De Laurentiisa, która postanowiła opowiedzieć historię Arrakis według własnej koncepcji, rzekomo bardziej przystępnej dla finalnego odbiorcy. Więc zamiast czternasto godzinnego snuja, opowieść została pocięta i upchnięta w niemal dwu i półgodzinnym filmie, który na wielu płaszczyznach bywa mocno absorbujący, ale nie do końca oddaje klimat i autorską wizję autora. W obu przypadkach forma wizualna wzięła górą nad przesłaniem. Dlatego cieszę się, że Denis postawił na maksymalnie realistyczną adaptację i próbę oddania realiów zgodnie z książkowym pierwowzorem.

"Diuna" (2021)
“Diuna” (2021)

Marcin: Chyba mam tak samo jak Ty. “Diuna” Lyncha, nawet z perspektywy tych dwudziestu, a nie prawie czterdziestu lat, wydawała się być co najmniej przefantazjowana. To bardziej była wizja Lyncha doprawiona szczyptą wyobraźni Herberta, niż wizja Herberta doprawiona Lynchem.

Generalnie dużo bardziej podobała mi się, nieco już zapomniana – serialowa “Diuna” Johna Harrisona z 2000 r. Wprawdzie dostaliśmy w tym przypadku, aż 4,5 godziny materiału, ale całość niewątpliwie jest dużo bardziej wierna powieści i pomijając bardzo drewniane już dzisiaj efekty specjalne i dekoracje mogące stawać w szranki z tymi z “Quo Vadis” Kawalerowicza – nadal może się podobać. (W 2003 r. z rozpędu dokręcono zresztą do niej jeszcze trzyodcinkowe “Dzieci Diuny”, łączące w sobie wątki z II i III części cyklu, więc jakby ktoś się uparł, może spędzić na Arrakis dobre 9 godzin).

Zestawiając film Lyncha z serialem Harrisona nie mam wątpliwości, że “przebajerowanie” mogłoby najnowszą adaptację zabić. Dlatego, choć sam nie wierzę, że to stwierdzam – podoba mi się pewna taka zachowawczość wizji zaprezentowanej przez Villeneuve’a.

Owen: Zachowawczość była w tym przypadku wręcz wskazana. No bo czy jest sens wymyślać od nowa cały setting tak świetnie opisanego świata? Moim zdaniem nie. Trzeba go jedynie delikatnie zinterpretować i zwizualizować. Oddać ducha, poczuć kształty czy kolory, a może nawet usłyszeć ten kosmiczny buzz; lecz bez artystycznego gwałtu, jak to chciał zrobić ww. Alejandro (“rape it, but with love”…). I to jest pierwszy temat, o którym chciałem z Tobą porozmawiać.

Od tygodni śledzę internetowe awantury dotyczące tego czy owego zjawiska, związanego z nową wersją “Diuny”. No i niestety, jednym ze sztandarowych tematów wśród malkontentów jest krytyka jej formy wizualnej, z naciskiem na wygląd miejsc, pojazdów tudzież samych postaci – tak, jakby ludzie nie pamiętali efektu zaskoczenia, jaki w 1979 roku wywołał pierwszy “Obcy”, będący istnym, ale przy tym bardzo realistycznym szaleństwem na tle kolorowych rówieśników pokroju np. “The Black Hole”. Wtedy widzowie też nie do końca rozumieli ten progres.

Również w tym przypadku są to obawy wynikające raczej z przyzwyczajenia do kolorowej konwencji space-opery i hermetycznego wyobrażenia przyszłości. Tymczasem, realia są takie, że forma podąża za funkcją, nie tylko w przypadku architektury, ależ też w kwestii ubioru czy używanego oręża. Więc przykładowo, przy wiatrach wiejących z prędkością 800 km/h nawet książęcy pałac musi wyglądać jak monolityczna twierdza, gotowa na bombardowanie z orbity. A skoro zewnętrzna skorupa ma ograniczoną ilość otworów, to siłą rzeczy, również oświetlenie brutalistycznych wnętrz jest znikome – ot, cała tajemnica tej stylistyki, będącej w moim przekonaniu, jako architekta, hołdem dla inteligencji widza, podświadomie oczekującego raczej rzeczywistej interpretacji, aniżeli drewnianych warowni z 1984 roku.

"Diuna" (2021)
“Diuna” (2021)

Marcin: Z nieznanych mi powodów “Diuna” Lyncha ma jednak na tyle wielu fanów, że wspomniana zachowawczość Villeneuve’a nie mogła wszystkim przypaść do gustu. Dennis nie poszedł w kierunku estetycznych eksperymentów – to fakt. Dla jednych to pewnie będzie wada, dla mnie – tak jak wspomniałem powyżej – duży atut. Podkreślenia wymaga zresztą to, że brak szaleństw absolutnie nie oznacza wizualnego ubóstwa. Najnowsza “Diuna” jest pod względem obrazu nadzwyczaj widowiskowa, majestatyczna i bardzo przemyślana, choć oczywiście też nie ustrzegła się wad. Zastosowanie w szerokim zakresie CGI ma bowiem np. ten skutek, że wnętrza wydają się cokolwiek sterylne, a Arrakin wyludnione. Choć akurat to ostatnie można tłumaczyć panującym na zewnątrz klimatem.

Owen: Jak to zwykł mawiać wybitny niemiecki architekt modernistyczny, Ludwig Miss van der Rohe – “Less is more”. Ta dosyć oczywista zasada w świecie wzornictwa wyklarowała się dopiero w XX w., detronizując po drodze wszelkie mody na przepych czy zdobnictwo. I co ciekawe, z powodzeniem działa do dzisiaj – no bo zauważ, że większość świetnie zaprojektowanych obiektów oraz rzeczy wykazuje cechy minimalizmu, popartego doskonałym User Experience. Tak więc, nie musisz tworzyć statku kosmicznego przypominającego latającą bazylikę (chyba, że jesteś z uniwersum Warhammer’a 40K, hehe…), by nadać mu monumentalny charakter. To właśnie te geometrycznie proste bryły budzą większy niepokój, podkreślony za pomocą efektu skali.

A gdy dodamy do tego wydarzenia z pre-trylogii Legendy Diuny i późniejsze następstwa, czyli m.in. lęk przed zaawansowanymi maszynami, to z łatwością będziemy mogli wytłumaczyć brak komputerów czy prostych, namacalnych interfejsów w tej adaptacji (zakładając, że jednak jakieś są i bywają tak złożone, a przy tym małe lub “rozproszone”, że działają po prostu w tle). Założę się, że nawet dziesięć procent widzów nie zwróciło uwagi na ten ciekawy zabieg, bo wykreowany świat wydaje się bardzo ‘prawdziwy’, oczywiście w takim fantastycznym znaczeniu tego słowa. Wszystko jest albo na maksa użyteczne, przez co lekko podniszczone (np. zbroje, filtraki czy koptery), albo ascetycznie piękne i mające na celu wywołanie ekscytacji. Takie są m.in. stroje świty posłańca Imperatora czy zwiewny kostium Lady Jessiki, w trakcie powitania na Arrakis.

Marcin: To co mi się też w “Diunie” Villeneuve’a podoba, to efekty castingu. Owszem, nie ma tu wizerunkowego “dostrojenia” do opisów z książki, a czasami zdarzają się i spore odstępstwa (przykładowo Liet Kynes jest tu kobietą, zatem ciekawe jak scenarzyści wybrną z pochodzenia Chani, o ile w ogóle będą próbować), ale trudno na dobór aktorów marudzić. Timothée Chalamet, Oscar Isaac, Rebecca Ferguson są właśnie takimi, odpowiednio – Paulem, Księciem Leto i Lady Jessicą – jakimi sobie ich wyobrażałem podczas czytania książki. To samo jest z Harkonnenami, którzy są tu odpowiedni mroczni bez tych wszystkich żenujących, groteskowych wstawek w stylu Lyncha.

Zasadniczo, ponownie – tam gdzie ekranizacja odchodzi od literackiego pierwowzoru – robi to w taki sposób, że trudno się czepiać spójności przedstawionego świata. Dlatego w mojej ocenie – Brolin jest świetnym Gurneyem Halleckiem, a Momoa Duncanem Idaho. Jedyną osobą, która mi w tym całym festiwalu nazwisk nie podeszła, jest chyba kreacja Thufira Hawata, ale jak tak patrze na obsadę poprzednich “Diun”, to ta postać w ogóle nie ma szczególnego szczęścia do castingów.

"Diuna" (2021)
“Diuna” (2021)

Owen: Mentaci nie mają szczęścia do ekranizacji. Ale i tak wolę to, znacznie subtelniejsze podejście (oraz ciekawy efekt z wywracaniem gałek ocznych). Co do reszty, to praktycznie się zgadzam. Więc zamiast dyskutować o oczywistych oczywistościach, takich jak Gurney Brollin czy Duncan Momoa, chciałbym się skupić na postaciach, które były moim zdaniem kluczowe dla ostatecznego odbioru tego dzieła. Jako pierwszą wymieniłbym ww. Lady Jessicę, której interpretacja wydała mi się niezwykle interesująca.

Rebecca Ferguson świetnie odegrała emocje targające tą bohaterką, rozdartą pomiędzy miłością do księcia i syna, a wiernością wobec zakonu Bene Gesserit. Aczkolwiek, z powieści pamiętam ją również jako ‘chodzącą broń białą’, która bez problemu poradziłaby sobie z niemal każdym przeciwnikiem. Dlatego trudno pogodzić się z faktem, że tak łatwo dała się pojmać Harkonnenom (chyba, że taki był jej plan). Walka ze Stilgarem też nie wyglądała jakoś widowiskowo.

Marcin: Jessicę to akurat dopadli we śnie, zatem mogła zrobić im mniej więcej tyle, co Glapiński inflacji w grudniu 2021 r. Ale jeśli jesteśmy już w tym momencie, w którym możemy sobie trochę ponarzekać, to filmowa “Diuna” faktycznie istotnie spłyca sporo wątków dotyczących postaci, co być może jest skutkiem ich ilości.

Niełatwo mi wczuć się w perspektywę osoby, która nie widziała książki. Podejrzewam jednak, że w czasie tych dwóch godzin trudno było jej zbudować więź z jakąkolwiek postacią (może poza Duncanem, bo Momoa zwyczajnie jest sympatyczny z twarzy). Najwięcej czasu ekranowego dostają bowiem Jessica i Paul. Ta pierwsza faktycznie ma trudną i wymagającą rolę, którą widzowi niezaznajomionemu z filozofią Bene Gesserit trudno będzie zrozumieć (mimo, że Rebecca Ferguson dała radę). Ten drugi z kolei – jako efekt wdrożenia tejże filozofii w życie – jest bardzo specyficznym bohaterem, z przypisaną mu rolą mesjasza (do czego zresztą scenariusz filmu nawiązuje co 15 minut). To nie są “zwyczajni” ludzie. Zwyczajny jest Stilgar, którego prawie tu nie ma; Gurney Halleck, który miga w paru scenach, albo wspomniany Duncan Idaho. Na pewnym poziomie dzieciaty fan oryginału mógłby się utożsamiać z Księciem Leto, ale ten też jest takim trochę elementem dekoracji. Przy książce gdy dopadła go zdrada, miałem ściśnięte gardło, były w tym wszystkim jakieś emocje, a tu w zasadzie poszło szybko i bez żadnych uczuć. Nie było wielu scen, które pokazywałyby jak kocha syna i konkubinę, jak martwi się o rodzinę i sytuację, w którą wdepnął. Budowanie postaci było raczej odtwórcze. Rzemiosło tak, nawet niezłe, ale na pewno nie sztuka.

To o co mi chodzi, czyli prześlizgnięcie się po temacie budowy postaci, dobrze oddaje historia dr Wellingtona Yueh. W filmie wydaje się być jakimś “randomem” z trzeciej linii, a przecież był jedną z kluczowych osób w kręgu Atrydów, cieszącą się ich wielkim zaufaniem. W rezultacie jego zdrada w ogóle nie zaskakuje. Nadto okazuje się słabo umotywowana, bo filmowy Yueh zdaje się wierzyć, że w ten sposób ocali swoją żonę (to nawet nie jest naiwne, tylko zwyczajnie głupie), podczas gdy jego książkowy pierwowzór, chciał zdradą w pokrętny sposób wyłącznie udupić Barona…

Owen: Aż mi się nie chce wierzyć, że wątek doktora wypadł tak naiwnie. Czy naprawdę scenarzyści nie wyłapali tak ogromnej dziury logicznej w scenopisie? Przecież żaden śmiertelnik nie zostałby dopuszczony do Barona bez odpowiednich procedur sprawdzających. A co więcej, nie dałby rady przygotować samobójczego ataku (Leto) na głównego antagonistę. Więc albo doktor przechytrzył wywiad Harkonnenów, albo otoczenie ich szefa nie rozumiało powagi sytuacji. I tutaj chciałbym napisać kilka słów na temat samego Vladimira, z którym mam tym razem dwa problemy. Pierwszy, to sposób ekspozycji jego postaci, która w ramach zapowiedzi była raczej ukrywana i dopiero w ostatnim trailerze została zaprezentowana w dosyć majestatyczny sposób – co było moim zdaniem dobrym posunięciem. Bo w jego przypadku liczyłem na pewną tajemnicę, może jakieś ujęcia w mroku, gdzie widzimy tylko zarys wznoszącej się postaci i te czerwone lampki jego personala. A dopiero w trzecim akcie zobaczylibyśmy go w całej okazałości…

…no właśnie, to jest ten drugi problem, bo w wykonaniu Stellana Skarsgarda zabrakło mi trochę książkowego szaleństwa. Jego wersja barona jest niezwykle umęczona, a mordercza ekstrawagancja sprowadza się do beznamiętnego cięcia nożem ww. doktora, w skądinąd przepięknej wizualnie scenie z umierającym księciem (nawiązania do malarstwa renesansowego i wyobrażeń męki Jezusa są w tym przypadku doskonale zrealizowane). Więc zamiast kopiować ujęcia z filmów Coppoli (“Czas Apokalipsy”), wystarczyło pokazać niepohamowany apetyt tyrana, z jakąś posoką cieknącą z ust podczas posiłku, który po zbliżeniu do Wellingtona najpierw by go “obwąchał” (jak jakiś nienażarty kanibal), a dopiero potem zaszlachtował. W ten zawoalowany sposób twórcy dali by nam sygnał, że z tym antagonistą po prostu nie ma żartów.

"Diuna" (2021)
“Diuna” (2021)

Marcin: A to tu się różnimy (choć z zastrzeżeniem tej płytkości filmowych bohaterów, o której pisałem wcześniej). Wolę Barona tajemniczego, zimnokrwistego i knującego intrygi, niż psychola zajadającego się myszami, mordującego kochanków i latającego z demonicznym chichotem pod sufitem (wiem, że tu też lata, ale nie tak dramatycznie jak u Lyncha). Psychopata, ale nie wariat.

Ale żeby tu też nie przesadzić z chwaleniem – zabrakło mi w “Diunie” też bardziej rozbudowanej warstwy politycznej i rzucenia szerszego światła na skomplikowaną geopolitykę uniwersum. Jak na pierwszą część, mającą naszkicować tło kosmicznej rywalizacji, rzecz oszczędnie macha ołówkiem. Dostajemy w miarę rzetelny portret patetycznych Atrydów, kilka obrazków dotyczących Harkonnenów i tyle samo poświęconych Fremenów. Imperium istnieje w zasadzie tylko w dwóch scenach, a Gildia Kosmiczna i Bene Gesserit w jednej. Nie mówię, że miała z tego wyjść “Gra o Tron”, ale jak dla mnie, taka prosta podziałka: dobrzy Atrydzi i szlechetni Fremeni przeciwko złym Harkonnenom i Imperium jest już trudna do kupienia. Robi się z tego kosmiczna baśń, w rodzaju tej z “Gwiezdnych Wojen”, przy czym pomimo uproszczeń i tak jest trudniejsza do zrozumienia dla ludzi nieznających książki, niż filmy Lucasa.

Owen: Zgadzam się, choć sam nie mogę uwierzyć, że takie stwierdzenie przechodzi mi to przez gardło. Króciutki prolog był całkiem ciekawy, ale jednak okazał się za krótki i chyba zbyt dosłowny, jak na rangę tego projektu. Wolałbym chyba coś na kształt doskonałych wprowadzeń w serii gier z uniwersum “Homeworld” – niezbyt długich, ale treściwych na maksa. Czasem lepiej dodać tę minutę lub dwie i trochę wyraźniej zarysować kontekst oraz ogólne tło wydarzeń, niż potem wysłuchiwać narzekania malkontentów, którzy nie zrozumieli fabuły; albo purystów, wynajdujących tu i tam dziury fabularne.

Dlatego liczę, że w kontynuacji, w której główne skrzypce ma podobno grać Chani (Girl Power! Yeah!), poznamy szerszą perspektywę i wiele spraw wyklaruje się w pozytywny sposób, a my w końcu dostaniemy trochę więcej Herberta w filmowej Diunie, na bazie książek Herberta. Już nawet machnę ręką i napiszę: niech ten Hans Zimmer znowu komponuje (żartuję – wyszła mu całkiem niezła ścieżka dźwiękowa), byleby dobrze wyszło. Więc kręćcie to, Panie Villenueve, szybko i sprawnie, bo nie mogę się doczekać.

Marcin: No właśnie. Pomimo marudzenia na pewne elementy, moja relacja z “Diuną” jest znacznie bliżej “w związku”, niż “to skomplikowane”. Może nie jest idealna, może i nawet nie jest rewelacyjna, ale to najlepsza ekranizacja prozy Herberta jaką mogliśmy w tych niełatwych dla kina czasach dostać i po prostu – bardzo dobry film. Jasne, Villeneuve podszedł do tematu zachowawczo i ostrożnie, choć nie bez delikatnego pokiereszowania w pewnych miejscach książkowego oryginału. Jednocześnie w czasie realizacji zdecydowanie zabrakło czasu na pogłębienie rysu charakterologicznego bohaterów i sytuacji politycznej. Film ogląda się jednak bardzo dobrze i na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę. Co do wspomnianej ścieżki dźwiękowej, to mnie akurat nie porwała. Słyszałem już Zimmera w lepszej formie i bardziej bym sobie życzył kosmicznego gotyku spod znaku Paula Ruskay, tj. autora soundtracku do wspomnianego przez Ciebie “Homeworlda”. Natomiast co do drugiej części pełna zgoda. Też nie mogę się doczekać powrotu na Arrakis.

“Diuna” (2021)
Jednym zdaniem:
Pierwsza ekranizacja "Diuny" Herberta, którą można określić mianem "bardzo dobrej".
8
Warto
Dołącz do dyskusji

1 Komentarze

Dodaj komentarz
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *