“Gambit Królowej” (2020)

Gdyby ktoś mi powiedział, że powstanie serial, w którym głównym bohaterem, a nie trzecioplanowym tłem będzie gra w szachy, to najdelikatniej rzecz ujmując – byłbym sceptyczny. A Netflix zrobił taki serial, po czym rozbił nim bank ze świetnymi recenzjami i jeszcze doprowadził do renesansu popularności “królewskiej gry” oraz wzrostu cen szachownic w Internecie o przeszło 200%.

Można się wprawdzie zastanawiać, czy Netflixowi poszłoby tak dobrze, gdyby nie (podobno niezła) książkowa baza, jaką dostał od Waltera Tevisa, autora powieści o tym samym tytule, ale przyzwoite przeniesienie na ekran beletryzowanego tekstu o szachach nie wydaje się wcale prostą sztuką. To nadal mało ciekawa dla zewnętrznych odbiorców gra planszowa, w której praktycznie wszystko dzieje się w głowach graczy. Nie ma zatem co odbierać gigantowi VOD należnej mu chwały. Bez doskonałej realizacji bazowego pomysłu, “Gambit Królowej” byłby kolejnym przeciętniakiem, a nie kandydatem do serialu roku.

Fabularnie rzecz jest osadzoną w piątej i szóstej dekadzie XX w., opowieścią o młodej dziewczynie, która po stracie biologicznej matki w wypadku samochodowym, trafia do lokalnego sierocińca. Tam nawiązuje pierwsze przyjaźnie, poznaje smak pierwszych używek (powiedzmy, że – uspokajających i zarazem “poszerzających świadomość”) i uczy się grać w szachy pod okiem wiecznie zamkniętego w piwnicy woźnego. Najsłynniejsza “planszówka” świata szybko kradnie sto procent jej uwagi, stając się sposobem na ucieczkę od codziennej rzeczywistości; a, że Elizabeth – bo tak ma na imię bohaterka – okazuje się być szachowym geniuszem – to i sposobem na życie. Tak oto protagonistka wkracza w typowo męski świat “królewskiej gry”, by mocno nim potrząsnąć.

To zabrzmi banalnie, ale na podstawie powyższego nietrudno się domyślić, że “Gambit Królowej” składa się z dwóch, wzajemnie przenikających się planów. Ten pierwszy to szachy i ich rzeczywistość, ten drugi to życie osobiste “Beth”, jej pozaszachowe problemy, rozterki i dojmujące poczucie samotności. Na jakimś tam poziomie wspólnej serialowej intuicji, na pewno zgodnie wyczuwamy, że wiarygodne pokazanie pierwszej z tych dwóch sfer jest o wiele trudniejsze, niż drugiej. Kino potrafi wszakże doskonale opowiadać o życiu, wyciągać z prostych historii wciągające dramaty i przelewać pot i łzy na taśmę w skali 4:1. Szachy natomiast się temu wszystkiemu nie poddają. Co bowiem może być dramatycznego w tym, że ktoś zablokował cię skoczkiem, bo za bardzo skupiłeś się na obronie swoich pionów?

Zadziwiające zatem, że “Gambit Królowej” o niebo lepiej wypada na polu tego pierwszego, szachowego planu, niż na ukazywaniu codzienności bohaterki. Do tego, jak pokazano zmagania Elizabeth na planszy, nie sposób się przyczepić, a produkcja w praktycznie każdym aspekcie związanym z “królewską grą” broni się znakomicie. Nie wiem jaka jest tego przyczyna, może to, że jednym z merytorycznych konsultantów był sam Garri Kasparow, a może fakt, że odtwórczyni głównej roli – Anya Taylor-Joy pobierała ponoć specjalnie lekcje u Bruce’a Pandolfiniego. Szachowe pojedynki i to jak zostały pokazane są jednak najmocniejszym punktem serialu i rzecz ogląda się tak naprawdę dla nich, mimo że scenariusz (a może własnie dlatego, że) oszczędnie dawkuje ich szczegóły.

“Gambit Królowej” (2020)

Jeżeli natomiast chodzi o “zwykłe” życie protagonistki, to być może nie tak, że jest kompletnie “meh”, ale nie ma w tym wszystkim nadzwyczajnych emocji. Wątek uzależnienia od prochów i alkoholu jest pokazany równie oszczędnie jak wspomniane wyżej pojedynki szachowe, lecz akurat jemu nie wychodzi to specjalnie na dobre. Sposób przedstawienia relacji z przybraną matką, zasługuje na nieco więcej punktów, jednak i tu momentami też towarzyszyła mi myśl, żeby te fragmenty pominąć i przeskoczyć do następnego turnieju. Miałem przy tym wszystkim wrażenie pewnej – może nie sztuczności, bo to zbyt ostre słowo – ale na pewno “nienaturalności”. Wyjątkowo kiepsko wypadł według mnie szczególnie wątek spotkania ze starą przyjaciółką i scena powrotu po latach do sierocińca.

Nie czepiam się tu przy tym absolutnie odtwórczyni głównej roli, tj. wspomnianej Anyi Taylor-Joy, bo dziewczyna po prostu kradnie cały show. I to do tego stopnia, że jakkolwiek można się spierać, czy “Gambit Królowej” to w istocie serial 2020 r., to w mojej ocenie nie o to, czy jej Elizabeth to najlepsza rola roku. To jedna z tych aktorek, która nawet nie musi nic mówić, wystarczy, że popatrzy i już wiesz co czuje lub myśli.

Na zakończenie napomknę sobie jeszcze, że bardzo ładnie sportretowano w serialu lata 50te i 60te ubiegłego stulecia oraz perfekcyjnie oddano klimat turniejów szachowych, a także że “polski akcent”, czyli Marcin Dorociński – wypadł bardzo dobrze nawet na tle fantastycznej Taylor-Joy. W rezultacie, trudno mi “Gambitu…” nie polecić. Na pewno warto samemu sprawdzić o co to całe zamieszanie.

“Gambit Królowej” (2020)
JEDNYM ZDANIEM:
Mat w siedmiu ruchach.
8
Warto

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *