“Gobliins 2 – The Prince Buffoon” (1992)

"Gobliins 2 - The Prince Buffoon" (1992)

Sukces pierwszych Goblinów był na tyle duży, że ich twórca – Pierre Gilhodes – po prostu musiał go zdyskontować. Skutkiem powyższego, już w niespełna rok po wydaniu pierwszej części gry, na rynku zadebiutował pełnoprawny sequel, tj. “Gobliins 2 – The Prince Buffoon”. Z jednej strony – uboższy od oryginału o jednego goblina, a z drugiej – nieco obszerniejszy i poprawiony w pozostałych aspektach.

Wbrew klasycznej zasadzie kontynuacji – “to samo, tylko więcej” – “Gobliins 2 – The Prince Buffoon” ograniczyło ilość goblinów z trzech do dwóch[1]Z technicznego punktu widzenia być może nawet do jednego, bo protagoniści nie wydają się być tej samej rasy., co znalazło odniesienie nawet w tytule gry, biedniejszym o jedno “i”. Nie wyszło to jednak rozgrywce na minus, bo nacisk na współdziałanie postaci pozostał (a nawet go wzmocniono – choć nie zawsze z dobrym skutkiem), a jednocześnie trochę ulepszono inne obszary produkcji.

O dziwo, nie mogę jednak powiedzieć, że w drugie Gobliny grało mi się lepiej, niż w pierwowzór.

"Gobliins 2 - The Prince Buffoon" (1992)
Na śniadaniu u sępów.

Problemy królestwa

Wprowadzenie ponownie jest dość symboliczne i nastawione raczej na rozbawienie widza, niż oszczędny nawet storytelling. Tym razem ofiarą mrocznych knowań pada syn króla Angoulafre’a i jedyny następca tronu – Książe Buffoon. Na szczęście, na ratunek zrozpaczonemu władcy i jego potomkowi wyrusza dwójka niezwykłych bohaterów: Fingus i Winkle. Ten pierwszy – klasycznie goblińskiej urody – jest grzeczny i nieśmiały. Ten drugi, z mordą jak u pterodaktyla[2]Jego matka musiała wyjechać na Erasmusa w naprawdę egzotyczne rejony. – wręcz przeciwnie – jest głupi, lecz również odważny. W pojedynkę pewnie nie daliby rady, ale wespół mogą wszystko.

Pod względem sposobu prezentacji fabuły, “Gobliins 2 – The Prince Buffoon” niespecjalnie różni się od poprzednika. Opowieść o oczywiście pretekstowym charakterze nie jest nawet w tle, a na pierwszy plan wychyla dowcip i mniej lub (na ogół) bardziej absurdalne zagadki.

Sam humor jest “goblińskich” lotów. Jeżeli kogoś bawi żart sytuacyjny – upadki, wypadki, sprężynujące nosy, itd. – będzie wniebowzięty. W pozostałych przypadkach co najwyżej się uśmiechnie. Niemniej – rzecz skrzy się od dowcipu. Widać go nie tylko w zagadkach i ich rozwiązaniach, lecz również w samym designie lokacji, pełnym nietuzinkowych, surrealistycznych elementów.

"Gobliins 2 - The Prince Buffoon" (1992)
Odjechane lokacje to niezmiennie wizytówka gry.

Młodszy bliźniak

Trzeba uczciwie przyznać, że “Gobliins 2 – The Prince Buffoon” pozbyło się największych mankamentów pierwowzoru, tj. paska życia oraz braku możliwości zapisu stanu gry w dowolnym momencie. Nie stało się przy tym wcale łatwiejsze, bo puzzle oparte na wspomnianym – absurdalnym poczuciu humoru nadal stanowią wyzwanie, być może nawet większe niż w oryginale. Ich rozwiązywanie jest zaś tylko o tyle prostsze, że nie jesteśmy już karani za posługiwanie się metodą prób i błędów (bądź co bądź – popularną w przygodówkach).

Gra natomiast rekompensuje sobie to ułatwienie na dwa sposoby. Po pierwsze – poprzez zagadki rozciągające się nawet na trzy-cztery ekrany, zamiast jednego – jak to miało miejsce w oryginale. Po drugie przez wymuszanie podejmowania wspólnych, symultanicznych działań przez obie dostępne postacie (np. jeden goblin podnosi przedmiot, a drugi używa na nim innego przedmiotu). I o ile to pierwsze stanowi interesujące rozwinięcie idei poprzednika, to to drugie bywa frustrujące i nierzadko niesprawiedliwe.

W pierwszych Goblinach bowiem, sprawa była jasna – najpierw robi coś jeden, potem ewentualnie drugi, a wybranie innego goblina podczas wykonywania danej czynności, przerywa tę czynność. Sequel tymczasem zrywa z tym schematem i wymaga niekiedy zgrania się obu postaci co do milisekundy, a gdy to się nie uda – wielokrotnego powtarzania danej akcji. Skutkiem powyższego – ze trzy razy, po niemalże godzinnie bezsensownego kluczenia – łamałem się i zaglądałem do neta, żeby sprawdzić co robię źle, po czym okazywało się, że wpadłem na właściwe rozwiązanie, ale w niewłaściwy sposób skoordynowałem działania swojej dwuosobowej drużyny.

Teoretycznie – “Gobliins 2 – The Prince Buffoon”  – w ramach dodatkowego ułatwienia, umożliwia również skorzystanie z tzw. “jokerów”, tj. podpowiedzi – w liczbie trzech na całą grę. Natomiast niestety nie jestem w stanie skomentować skuteczności ich wsparcia, bo w GOGowej wersji, którą ogrywałem – cały czas otrzymywałem komunikat, że nie mogę ich użyć.

"Gobliins 2 - The Prince Buffoon" (1992)
Animowane ekrany wprowadzają do gry nieco więcej historii.

"Gobliins 2 - The Prince Buffoon" (1992) w statystyce:

Ukończenie "Gobliins 2 - The Prince Buffoon" zajęło mi ok. 11 godzin.

Podsumowanie

We wszystkich pozostałych aspektach, poza wskazanymi powyżej –  “Gobliins 2 – The Prince Buffoon” – jest wręcz bliźniaczo podobna do “jedynki”. Na kreskę się nie obrażam, bo to akurat uroczy wyróżnik serii. Dźwięk? Cóż, rozumiem – czasy nie sprzyjały temu medium (i tak jest lepiej niż w “Gobliiins”). Trudno natomiast nie być zmęczonym pokrętną logiką zagadek, ich sporadyczną niesprawiedliwością i brakiem sensownej historii.

Skończyłem całość, bo zwyczajowo czułem że muszę. Niespecjalnie przy tym cierpiałem (są znacznie gorsze gry), lecz też daleki byłem od tego, co zwykłem nazywać dobrą zabawą. Nawet jeśli więc ten tytuł jest w ogólnym rozrachunku, pozycją bardziej dopracowaną, niż oryginał, bo pozbawioną jego największych wad; to biorąc in minus mankamenty wskazane powyżej – frajdy z niej miałem jeszcze mniej, niż przy “jedynce”.

Reasumując: rzecz tylko dla fanów serii. Pozostałym odradzam.

“Gobliins 2 – The Prince Buffoon” (1992)
Podsumowując:
Przygodówka bez przygody.
Na plus:
Jeszcze więcej Goblinów - jeśli ktoś naprawdę je lubi.
Na minus:
Jeszcze więcej Goblinów - jeśli ktoś za nimi nie przepada.
Bardzo uboga, pretekstowa fabuła.
Niesprawiedliwe zagadki.
4
Nie warto

Przypisy:

Przypisy:
1 Z technicznego punktu widzenia być może nawet do jednego, bo protagoniści nie wydają się być tej samej rasy.
2 Jego matka musiała wyjechać na Erasmusa w naprawdę egzotyczne rejony.
Dołącz do dyskusji

1 Komentarze

Dodaj komentarz
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *