“IL-2 Sturmovik” (2001)

“IL-2 Sturmovik” (2001)

Chłodny listopadowy poranek 1942 roku. Startujemy z niewielkiego lotniska polowego nieopodal Znamieńska, kilka kilometrów na wschód od Stalingradu. Samoloty z wolna rozgrzewają silniki na pasie startowym, by po chwili kolejno wzbić się w przestworza. Zbliżając się do zniszczonego przez Niemców miasta, konsekwentnie zwiększamy pułap, by mieć przewagę w ewentualnym starciu z przeciwnikiem. W powietrzu wysokość to życie. Niedługo później na horyzoncie faktycznie pojawia się skrzydło wrażych Messerschmittów Bf 109 asystujących dwóm Heinklom He 111. Mijamy się na pełnej prędkości, smagając się krótkimi salwami z karabinów, by finalnie wejść w walkę kołową nad Stalingradem. Sturmoviki nie są tak zwrotne jak niemieckie maszyny, ale nadrabiają wytrzymałością, zatem nawet pomimo otrzymania kilku celnych trafień, udaje mi się strącić dwóch pilotów przeciwnika. Zostawiwszy kolegów w bezpiecznej przewadze, widząc ciągnący się za moim samolotem ciemny pióropusz dymu, ruszam z powrotem w stronę Znamieńska. Dopiero w połowie drogi dostrzegam, że bardzo szybko tracę paliwo, wylewające się przez dziury po kulach, więc ograniczam prędkość i ostrożnie zwiększam wysokość, by chociaż doszybować do lotniska. Finalnie udaje mi się, ale już nad samym pasem startowym mam kolejny problem – wysiadł mechanizm służący do wysuwania podwozia. Szczęśliwie prędkość jest na tyle niewielka, że wyłączywszy silnik, bezpiecznie kładę samolot na brzuchu. Wbrew pozorom – nie otrzymuję awansu, ani odznaczenia. Był to przeciętny dzień z życia radzieckiego pilota. 

Gdy byłem jeszcze tak młody, że na chleb mówiłem “tep”, a na muchy “tapty”, o niczym tak nie marzyłem, jak o lataniu. Myślałem o samolotach, śniłem o samolotach, żyłem samolotami. Rodzice cynicznie to wykorzystywali, zasypując mnie książkami o lotnictwie, a Tata chyba nawet przez dłuższy czas trochę liczył, że pójdę w tym kierunku i oderwę się od ziemi. Jak wiadomo stało się inaczej i pochłonęło mnie znacznie bardziej “przyziemne” zajęcie. Nadal jednak nic mnie tak nie relaksuje i nie robi dobrze, jak latanie – tyle, że w komputerowej postaci. Potrafię poświęcić godziny na to, żeby po prostu przelecieć z punktu A do punktu B w cywilnych symulatorach z serii “Microsoft Flight Simulator” czy “X-Plane”.

Gdy jednak nachodzi mnie ochota na odrobinę lotniczych emocji – kandydat jest tylko jeden. Mające już niemal dwadzieścia lat, nieśmiertelne cudeńko wyprodukowane w Mateczce Rosji. Bohater niniejszego tekstu – “IL-2 Sturmovik”.

“IL-2 Sturmovik” (2001)
“Jak Messerschmitt w galopie, jak niebo nad nami…”

“Kerzengrad steig ich zum Himmel, flieg´ ich zur Sonn´ direkt!”

Na przełomie wieków (jak również milleniów) – fani drugowojennych symulatorów lotu nie mogli narzekać na brak ciekawych propozycji ze strony developerów. Dostali wszakże między innymi: “European Air War” (1998)[1]Wnioskując po ruchu w sieci, grywalne nawet dzisiaj., “Microsoft Combat Flight Simulator: WWII Europe Series” (1998) oraz “Microsoft Combat Flight Simulator 2: WWII Pacific Theater” (2000), a także “Jane’s WWII Fighters” (1998) plus kilkanaście innych, mniej lub bardziej znanych tytułów.

Większość z nich została zrealizowana przynajmniej przyzwoicie, a niektóre i bardzo przyzwoicie. Po tych dwudziestu latach nie ma jednak wątpliwości, że wydany w 2001 r. “IL-2 Sturmovik”, nie tylko zestarzał się najlepiej, ale i dał początek serii wydawanej do dziś (podczas gdy konkurencja zasadniczo odeszła w zapomnienie). Co takiego udało się Rosjanom, czego nie mogli osiągnąć – przecież nie mniej utalentowani – koledzy z Zachodu?

Cóż, po pierwsze i najważniejsze – “Szturmowik” to dzieło zrodzone z czystej pasji. Oleg Maddox kochał samoloty i bardzo chciał stworzyć symulator doskonały, pozwalający zapomnieć o tym, że jednak tkwi się na ziemi, w zgarbionej pozycji przed komputerem. W grze widać lata spędzone na szlifowaniu całości, tak by wydać produkt jak najbardziej zbliżony do założonego ideału. Współcześnie wyraża się to już głównie w dopracowanym modelu lotu, gdzie każda maszyna prowadzi się zupełnie inaczej, lecz w momencie wydania rzecz czarowała przede wszystkim oprawą audiowizualną. Grafika wydawała się rewelacyjna – od krajobrazów i odwzorowania warunków panujących w przestworzach, po świetnie wymodelowane samoloty, których każdy kawałek można było widowiskowo odstrzelić.

"IL-2 Sturmovik" (2001)
Trafiony – zatopiony.

Po drugie, atrakcyjnym bohaterem okazał się sam tytułowy Ił-2 “Szturmowik” – nieznany wcześniej graczom, ze względu na dotychczasowe skupianie się developerów niemalże wyłącznie na ukazywaniu pojedynków lotniczych na froncie zachodnim. Radziecki szturmowiec – momentami może nieco zbyt ociężały, ale i dużo bardziej wytrzymały niż lekkie maszyny przeciwnika – dawał domorosłym pilotom prawdziwą radochę z latania. Prowadził się dobrze, pozwalając okazjonalnie ulokować bombę w celu naziemnym, a jednocześnie był w stanie nawiązać w miarę równorzędną walkę z wrogimi Messerschmittami Bf 109.

I wreszcie po trzecie, Maddoxowi udało się świetnie zrównoważyć poziom skomplikowania całości. Bo “IL-2 Sturmovik” nie przestając być “poważnym” (cokolwiek to oznacza) symulatorem, nie kreuje swoją złożonością barier nie do pokonania dla lotniczego laika. Przy odpowiednim (całkiem intuicyjnym) skonfigurowaniu, rzecz umożliwia niezłą zabawę nawet komuś, kto z miejsca na miejsce przemieszczał się dotychczas co najwyżej rowerem (chociaż upolowanie czołgu w ruchu nadal stanowić będzie nie lada wyzwanie[2]chociaż pewnie mniejsze, niż na wspomnianym rowerze).

“Nie smiejut krylja czornyje nad Rodinoj letat!”

Tłem rozgrywki – jak można się spodziewać – jest “Wielka Wojna Ojczyźniana”. Wbrew tytułowi jednak, można tu latać po obu stronach konfliktu, w aż czterech kampaniach, rozciągających się na przestrzeni lat ’41-45 ubiegłego stulecia. Przysłowiową wisienką na torcie jest oczywiście licząca sobie ok. 50 misji kampania “Szturmowikiem”, ale gra pozwala powalczyć też m.in. radzieckimi Łagg-3 i Ła-5 oraz legendarnym, niemieckim Bf 109 (w odpowiednio ok. 45 misjach po stronie radzieckiej, jak i ok. 84 misjach po stronie III Rzeszy), a także eksperymentalnym radzieckim samolotem odrzutowym – BI-1, w króciutkiej (ok. 11 lotów) kampanii, w której wcielamy się w pilota testowego. Zadania stawiane przez grę są bardzo zróżnicowane – od lotów patrolowych po ataki na wrogie lotniska, miasta, mosty czy kolumny pancerne. Walczymy na nieźle odwzorowanych mapach ukazujących rejony Lwowa, Smoleńska, Moskwy, Stalingradu, Kubania, Kurska, Krymu i w końcu Berlina. Co ciekawe, na dole też toczy się nieustanna wojna. Zupełnie niezależnie od nas zmagają się ze sobą całkiem szczegółowo odwzorowane czołgi, artyleria, a nawet okręty. Zdarza się, że zgodnie z celami misji proszeni jesteśmy przez dowództwo o pomoc w zniszczeniu wrogich sił lądowych, a naszym wojskom udaje się zatriumfować zanim w ogóle dotrzemy na miejsce.

“IL-2 Sturmovik” (2001)
Jak widać, w biciu faszystów notowałem spore sukcesy.

Misje nie są szczególnie długie. Dzięki kompresji czasu, pozwalającej pominąć względnie mniej ciekawą część lotu obejmującą dotarcie na miejsce akcji i ewentualny powrót na lotnisko, trwają zazwyczaj około 30 minut. W ramach poszczególnych operacji najczęściej zdarzają się klasyczne pojedynki lotnicze w stylu 2 x 2 lub 4 x 4, ale sporadycznie trafia się większa, spektakularna zawierucha na kilkanaście samolotów po obu stronach, gdzie zazwyczaj już w połowie trzeba spierdzielać do bazy z powodu braku amunicji i połowy skrzydła.

Klimat starć powietrznych (nadal) wprost urywa dupsko. “IL-2 Sturmovik” rewelacyjnie oddaje dramatyzm pojedynków lotniczych i daje jednakową satysfakcję, tak z zestrzelenia upierdliwego “Szwaba” czy “Iwana”, jak i z pomyślnego lądowania z dziurami w kadłubie, z zatartym silnikiem i bez podwozia. Choć grafika, jak i dźwięk nie są już pierwszej młodości, w trakcie walki czuć tę prędkość i wysokość (jak i jej nagłą utratę). Serce wali jak oszalałe, powietrze przecinają serie z działek i pióropusze czarnego dymu, a człowiek rozpaczliwie próbuje znaleźć w tym wszystkim odrobinę miejsca dla siebie, by dorwać upatrzonego przeciwnika.

Można się zapomnieć.

Oczywiście, żeby dobrze bawić się przy “Sturmoviku” niezbędny jest joystick, ale radę w grze daje sobie już podstawowy sprzęt za dwie stówy jak chociażby Thrustmaster T.Flight Stick X.

Podsumowanie

A zatem jak się w to gra po dwóch dekadach? Wyśmienicie. Jasne, oczy nie doznają już takiego wizualnego orgazmu, jak wtedy gdy miały 15 lat (Boże, jaki ja jestem stary…), lecz poorana bruzdami wieku średniego dłoń spoczywa na joyu pewnie, jak nigdy (wiedziałem, że to zdanie będzie dziwnie brzmieć, a mimo to jest zapisałem – doceńcie to). Dość powiedzieć, że mając na kompie całkiem fajnie działający najnowszy “Microsoft Flight Simulator” (2020), nadal zdarza mi się kliknąć w ikonę wiecznie zainstalowanego “Sturmovika”, nawet nie tylko po to, by zapodać sobie jakiś pojedynek, ale po prostu przelecieć się w chłodny, zimowy poranek nad zamarzniętymi jeziorami w okolicach Stalingradu.

Przypisy:

1 Wnioskując po ruchu w sieci, grywalne nawet dzisiaj.
2 chociaż pewnie mniejsze, niż na wspomnianym rowerze
“IL-2 Sturmovik” (2001)
Podsumowując:
Klasyczny klasyk, który sprawił, że wciąż nie miałem okazji ograć bardziej współczesnych odsłon.
Na plus:
Świetnie wyważony model lotu - coś dla fana symulacji, jak i amatora.
Mnogość dostępnych, mocno zróżnicowanych samolotów.
Na minus:
Wizualnie już nie ukręca jaj.
7.7
Warto

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *