“Ku Jezioru” – sezon pierwszy (2019)

Na świecie wybucha pandemia śmiertelnej, grypopodobnej choroby. Nie ma na nią szczepionki ani skutecznych lekarstw, zatem przerażone społeczeństwa stopniowo pogrążają się w anarchii i chaosie. Kilka zaprzyjaźnionych rodzin podejmuje desperacką próbę wydostania się z odciętej wojskowym kordonem Moskwy w celu podróży na północ, do Karelii, do małej chatki położonej na środku jeziora, gdzie zamierza przeczekać pandemię.

Jak nie wiecie, co to znaczy “znaleźć się w odpowiednim miejscu we właściwym czasie”, to powinniście się zainteresować rosyjskim “Ku Jezioru”. Rzecz powstała na podstawie książki “Pandemia. Ku jezioru” autorstwa Jany Wagner, dosłownie w przededniu wybuchu pandemii koronawirusa COVID-19. Nie ma się więc co dziwić temu, że z miejsca trafiła do TOP-10 najchętniej oglądanych produkcji na Netflixie. Czy obroniłaby się jakościowo bez tego zbiegu okoliczności? Trudno powiedzieć – ale na pewno i tak nie wypadałoby jej od razu przekreślać, bo to wprawdzie osobliwe, lecz mimo wszystko całkiem przyzwoite “postapo”, gęsto podlane, rzadko spotykanym – słowiańskim sosem.

Nie do końca jestem pewien, co twórcy “Ku Jezioru” chcieli powiedzieć o rosyjskim społeczeństwie, lecz jeżeli macie w głowie jakieś stereotypy na temat Rosjan, to będziecie tu mieli okazje “odhaczyć” absolutnie wszystkie. Rzecz jest bowiem prawdziwym hołdem złożonym przeciętnym, polskim wyobrażeniom o “rosyjskiej duszy”. Dość powiedzieć, że choć kraj pogrąża się w całkowitej anarchii w 24 minuty po tym, jak władze postanawiają objąć stolicę kwarantanną, a wojsko niemalże z miejsca przystępuje do bezlitosnej (i kompletnie bezsensownej) pacyfikacji miast i wsi – wódka nie przestaje tu lać się strumieniami. W szyję – na sportowo, tj. prosto z gwinta – “walą” w serialu praktycznie wszyscy bohaterowie – mężczyźni, kobiety, starzy i młodzi, poza może dzieciakiem protagonisty z pierwszego małżeństwa (ale on i bez tego zachowuje się jak pijany). Poza tym w scenariuszu znalazło się miejsce na trochę dziwnego seksu, próbę gwałtu kobiety na mężczyźnie (z całym szacunkiem – też byście się przed nią bronili), tańce, dekadencję, zwierzęcą walkę o przetrwanie, choroby psychiczne, lęki i urojenia. Główny bohater, przykładowo – jest romantycznie rozdarty pomiędzy miłością do nowej kobiety, a męskim poczuciem obowiązku względem poprzedniej rodziny, tj. byłej żony i synka. Facet ma też trudne relacje ze swoim ojcem – który w młodości po pijaku postrzelił go ze śrutówki oraz najlepszego przyjaciela, który już w drugim odcinku próbuje go wydymać (na szczęście tu już tylko w przenośni).

Jeżeli to nie jest Was w stanie zachęcić do sięgnięcia po “Ku Jezioru”, to nie wiem, co Wy za seriale oglądacie.

“Ku Jezioru” – sezon pierwszy (2019)

A tak zupełnie poważnie – od strony technicznej nie bardzo jest się do czego przyczepić, bo rzecz jest zrealizowana przyzwoicie i na pewno nie wygląda tanio. Przede wszystkim oferuje całkiem ładne plenery i naprawdę “egzotyczne” miejscówki, jeżeli zestawić je z typowymi jankeskim miasteczkami z seriali Netflixa. Aktorstwo również – może i nie zapada w pamięci, lecz też jakoś szczególnie nie przeszkadza, choć na coś więcej niż dwa szczeble wyżej od “M jak Miłość”, tutaj nie liczcie.

Jeżeli “Ku Jezioru” ma jakieś istotne i kładące się cieniem na całości problemy, to (tradycyjnie) ze sposobem opowiadania historii. Tej ostatniej nie można odmówić, że generalnie wciąga jak studzienki kanalizacyjne ukryte pod wodami Jeziora Żywieckiego nieostrożnych pływaków. To “przyciąganie” atencji widza wynika jednak bardziej z hipnotycznego nastroju cechującego całość (i to takiego z gatunku – “co tu się zaraz odpierdoli?” – żeby nie było wątpliwości), niż z jakości pracy scenarzysty. Ten ostatni bowiem, za swoją robotę przy serialu, w solidnej rosyjskiej szkole filmowej dostałby co najwyżej notę “mierny” i z łokcia w mordę.

Przede wszystkim, bohaterowie “Ku Jezioru”, jak i relacje pomiędzy nimi to straszna sztampa (“ojciec alkoholik”, “zbuntowana nastolatka”, “dzieciak z ADHD”, “nastolatek z zespołem Aspergera”, “psycholog z własnymi problemami większymi niż problemy jego klientów”, itd.), toteż mogę Wam zagwarantować, że bez wielkiego daru przewidywania i tak będziecie wiedzieć jak rozwinie się sytuacja osobista protagonistów. Do tego dochodzą słabe dialogi, miejscowe dłużyzny (zwłaszcza te związane z retrospekcjami), a także kilka cudownych zbiegów okoliczności obrażających intelekt odbiorcy.

Przechodząc więc na porównania kulinarne, nie jest to z pewnością danie, którym można by się delektować kęs po kęsie, a raczej klasyczny schaboszczak z ziemniakami zmontowany w przydrożnym barze mlecznym, gdzie mięsko jest wprawdzie super, lecz ziemniaki już tylko w porządku, a kapustę najlepiej od razu wypierdolić do kosza.

W rezultacie – o pierwszym sezonie “Ku Jezioru” – mogę powiedzieć, że od dawna moje uczucia nie były tak bardzo mieszane. “Piąteczka” w metryce, przy przyjętym systemie oceniania, byłaby jednak z gruntu niesprawiedliwa, bo wszakże czerpałem z oglądania serialu pewną przyjemność. Zatem, gdybym musiał teraz oceniać, całość otrzymałaby mocne 6/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *