Pogrywając sobie wieczorami w “Guild Wars – Factions” (2006) sporządzam notatki na temat fabuły i uniwersum gry.
22 lutego 2025 r.
Po uratowaniu Tyrii, nasi bohaterowie udali się w daleką podróż do Canthy / Kintaju – krainy ewidentnie “odgapionej” od starożytnych biurokratycznych Chin, rządzonej przez Imperium Smoka prowadzone ręką Cesarza.
Canthę (zostańmy przy anglojęzycznym nazewnictwie), podobnie jak i Ascalon – dotknął niegdyś gigantyczny kataklizm. Jej przekleństwem okazał się Shiro Tagachi – ochroniarz Cesarza Angsiyana, który z podszeptu Abaddona porwał się na życie swego Pana. Gdy następnie sam został zabity przez czempionów cesarskich wasali – Luxonów i Kurzicków (o tych będzie później) – zgromadzoną w sobie nienawiścią wywołał Jadeitowy Wiatr, który przetoczył się po Imperium, zamieniając okoliczne zielone lasy w kamień, a morze w jadeit.
W chwili gdy protagoniści, na życzenie mnicha Mhenlo przybywają do największego miasta Canthy – monstrualnego Kaineng City – od opisanego wyżej kataklizmu upłynęło już wiele lat, lecz na horyzoncie majaczy widmo kolejnego. Otóż w mieście zaczyna szaleć zaraza, zamieniająca ludzi w agresywne, zmutowane potwory, przy której pandemia Covid-19 to niewinna pieszczota.
Musimy rozgryźć co ją wywołuje i kto za nią stoi, bo nie wygląda na coś zupełnie naturalnego…

21 marca 2025 r.
.Chciałbym poznać osobę, która odpowiada za pomysł osadzenia 1/3 akcji “Factions” w scenerii jak na obrazku poniżej. Bieganie labiryntem nudnych ulic wyznaczanych przez chatki z tektury i gówna bywa przerażająco nudne. Z drugiej strony – sam pomysł na gigantyczne miasto, zmagające się z zarazą – choć nie nowy – jest całkiem interesujący. Szkoda, że tak słabo zrealizowany.
Zupełnie szczerze – nie jestem fanem innych kultur, niż zachodnia, a z pozostałych ta chińska – na której zdają się bazować “Factions” interesuje mnie chyba najmniej, dlatego trochę się męczę.
Kaineng City to moloch zajmujący większą część północnozachodniej części Canthy. Teoretycznie rządzi nim Cesarz oraz podlegli mu ministrowie – ale to tylko w kluczowych dzielnicach. Realną władzę nad miastem mają gangi – Jadeitowe Bractwo (bardziej zorganizowani, zamożniejsi, wywodzący się ze średnich i wyższych warstw społecznych, kontrolują kluczowe gałęzie handlu) oraz Am Fah (wywodzący się ze slumsów i społecznych dołów, braki w organizacji nadrabiający brutalnością i bezwzględnością, zajmujący się wszelkimi nielegalnymi praktykami). Obie organizacje przestępcze składające się z dziesiątek, a może i setek mniejszych gangów – od wielu lat prowadzą zimną wojnę, która sporadycznie przeradza się w konkretne starcia.
Jakkolwiek żadna ze stron nie może osiągnąć przewagi, Am Fah zostało ostatnimi czasy poważnie osłabione przez wspominaną poprzednią zarazę, która – siłą rzeczy – mocniej dotknęła uboższe części miasta.

23 marca 2025 r.
Najwyraźniej w przypadku gier działa na mnie coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego, bo pomimo ganiania po tych samych lokacjach w celu “wymaksowania” zadań i odkrycia całej dostępnej mapki, tak jakby się wciągnąłem. Na dodatek, żeby nie grać dalej tak asekuracyjnie, pozwoliłem nawet dać się zabić, żeby mnie nie kusiło walczyć o II szczebel tego hardkorowego osiągnięcia z kumulowaniem “bezśmierciowego doświadczenia”.
Sama historia niestety – póki co – nadal jest nudnawa. W Kaineng City, na życzenie znanego z “Prophecies” mnicha Mhenlo spotykamy się z Mistrzem Togo, bratem przyrodnim Cesarza oraz canthańskim autorytetem moralnym. Togo podejrzewa, że zaraza która trapi miasto nie jest przypadkowa.
Choroba tymczasem – co należy podkreślić – jest zarazem efektowna i efektywna. Zarażony zmienia się na ciele i umyśle, mutując w bezmyślnego bąblastego potwora atakującego wszystko co się rusza, poza oczywiście innymi zarażonymi (wiadomo – jakieś zasady muszą być). Jak to badziewie się przenosi pomiędzy ludźmi? Nie wiadomo, zatem zamiast przyjąć oczywiste, racjonalne wytłumaczenia, tj. fizykę czarnej dziury lub po prostu czary – Mistrz Togo tropi sprawcę zarazy i z naszą pomocą ustala, że to ten wspomniany w pierwszym wpisie Shiro, który rzekomo zginął 200 lat temu.
Okazuje się, że po śmierci, za karę, został powołany przez Wyrocznię Mgieł do pełnienia roli Posłańca, tj. typa, który miał przeprowadzać dusze zmarłych w zaświaty, jednak nie zaakceptował swojej roli (kurde, to tak można?) i zamiast tego został “posrańcem”. Zbuntowany, czaił się na obrzeżach Krainy Mgieł, by po dwóch wiekach wykorzystać moce Posłańca do budowy armii, która miała go przywrócić do życia.
Konfrontacja naszej drużyny z duchem Shiro jest bardzo krótka. Gnojek zabija nas w najprostszy możliwy sposób, tj. w cutscence (inaczej bym uciekł, albo się wylogował). Szczęśliwie do życia przywracają nas pozostali Posłańcy, którzy stwierdzają, że to nie fair i w zamian za rezurekcję jesteśmy im winni głowę i duszę Shiro (!).
Bez kitu, dobrze, że Jezus nie jest taki roszczeniowy, bo inaczej bym nie był katolikiem.

16 kwietnia 2025 r.
Nie każdy dostaje szansę na spotkanie z Cesarzem Canthy. Trzeba odpieprzyć coś naprawdę dużego i spektakularnego, np. powstrzymać wściekłego ducha umarlaka – Shiro – przed dokończeniem makabrycznego rytuału w Świątyni Tahnnakai, który pozwoliłby mu… eeeee, powiedzmy że “uzyskać większą sprawczość” (tak naprawdę to nie za bardzo zrozumiałem co on tam robił, bo było już późno, a ja byłem zmęczony).
Po powyższym Cesarz Kisu nie ma już wątpliwości, że Cesarstwo stanęło na krawędzi i trzeba je ratować, oczywiście naszymi rękoma. Przy okazji okazuje się, że Mistrz Togo to jego rodzony brat. Nieźle się, kurwa, ustawiła rodzinka.
Żeby pokonać Shiro – standardowo dla fabuł fantasy – potrzebujemy dwóch rzeczy. Po pierwsze – Urny św. Wiktora znajdującej się w rękach rodu Kurzicków, zamieszkującego skamieniałe lasy na południowym zachodzie. Po drugie – Włóczni Archemorusa, chronionej przez rodzinę Luxonów, żeglujących po zastygłych wodach Jadeitowego Morza.
Wyruszamy bez zwłoki.

19 kwietnia 2025 r.
Kurzickowie, jeden z dwóch narodów Canthy – najprościej rzecz ujmując – wyglądają jak goci.
Noszą się na czarno, granatowo i bordowo, przywdziewając wysokie kołnierze, koronki i peleryny, z którymi kontrastują ich blade, niemalże białe twarze. Ich społeczeństwo zorganizowane jest wokół wielkich rodów (jak Dom zu Heltzer), a życie codzienne koncentruje się wokół duchowości, sztuki, muzyki i rytuałów.
Zamieszkują mroczny, skamieniały Las Echovald, a ich architektura i estetyka osad koresponduje z opisanym powyżej stylem życia. Wśród skalistych drzew stawiają gotyckie katedry i pałace, pełne strzelistych wież i barwnych witraży, mieniących się w promieniach słońca, z trudem przebijających się przez kamienne gałęzie.
Gdy na zaproszenie księżniczki Daniki zu Heltzer, nasz bohater wraz z Mhenlo przybywają do Drzewoskały (Arborstone), sytuacja oczywiście okazuje się znacznie bardziej skomplikowana niż w zapowiedziach. Kurzickowie skłonni są oddać Urnę św. Wiktora, ale tak się jakoś złożyło że ich Katedra, w której zdeponowany został artefakt – trochę się zapuściła, stając się siedliskiem potworów.
Jednak co to dla nas! Wkraczamy do świątyni, porywamy Urnę i przebijamy się walącymi się korytarzami aż do wyjścia. Po wszystkim możemy zaś zaśpiewać “niemilcom”: “Gdzie Wasza urna, gdzie Wasza obrona? A mieliście przewagę, legio (potworów) pier***ona!”
Czas na wizytę u najzagorzalszych przeciwników Kurzicków – Luxonów.

20 kwietnia 2025 r.
Luxoni, drugi z dwóch wielkich narodów Canthy – różnią się od Kurzicków, tak jak to tylko możliwe.
Są koczowniczym ludem, który można opisać w trzech słowach: mobilność, przetrwanie, tymczasowość. Nie stawiają budynków tylko namioty. Nie zapuszczają korzeni w jednym miejscu, tylko przemieszczają się za pomocą wielkich okrętów, przypominających mobilne fortece, bądź na grzbietach gigantycznych żółwi hodowanych specjalnie na te okazję. Gardzą sztuką i twórczością artystyczną, a obiektem ich kultu jest siła – w różnej postaci.
Dzieląc się na klany, wśród których za najpotężniejsze uchodzą klan Żółwia, Kraba oraz Węża – zamieszkują przestrzeń Jadeitowego Morza, tj. akweny, którego wody dosłownie zamieniły się w jadeit. Luxonowie aktualnie żyją z wydobycia i handlu tym minerałem, lecz nie miejcie złudzeń – ich egzystencja to żaden luksus, tylko czysta postapokalipsa.
W przeciwieństwie do swych odwiecznych przeciwników, Luxonowie nie chcą nam oddać Włóczni Archemorusa bez walki. Wygrywamy ją zatem w olimpijskim niemalże pojedynku, pokonując drużyny czempionów klanu Żółwia, Kraba oraz Węża, a następnie udowadniając hart ducha poprzez pokonanie Zhu Hanuku – stuletniego krakena, którego trzeba co roku odsyłać do nory, z której wypełzł.
Po wszystkim, mamy oba artefakty w dłoni i możemy wracać do Kaineng City, gdzie ponownie objawił się Shiro.

04 maja 2025 r.
Zaraz po zdobyciu przez nas Urny św. Wiktora oraz Włóczni Archemorusa – w Kaineng City objawia się Shiro (no co za przypadek…). Porzucamy zatem na moment kamienne lasy i jadeitowe morza, by na powrót gonić za demonem wśród tanich chatek z gówna.
Po przybyciu do metropolii okazuje się, że armia dotkniętych zarazą zebrała się w Podmieście. Jednocześnie – w dzielnicy Sunjiang – Shiro otwiera szczeliny duchowe, aby sprowadzić spętane przez siebie duchy do królestwa śmiertelników. Nasza drużyna, tnąc i siekąc, pracowicie zamyka wszystkie szczeliny, po czym biegnie po eteryczne dupsko głównego “złola”, który jednak znika bez śladu. Wiadomo – to jeszcze nie finał.
Żeby pokonać Shiro trzeba dokonać niemożliwego, tj. pogodzić Tuska z Kaczyńskim, a zwolenników KO z PiSowcami. Żartuję, nasze zadanie jest łatwiejsze – musimy czasowo pojednać Luxonów z Kurzickami, których połączone siły mogą przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę.
W ten sposób historia nieco się rozgałęzia, bo możemy wesprzeć albo jednych, albo drugich. My oczywiście jesteśmy typem spod znaku “wszystko wszędzie naraz”, zatem będziemy próbować wesprzeć obie frakcje w maksymalnym możliwym zakresie.

25 maja 2025 r.
Końcówka “Factions” pokazuje, dlaczego nie stracimy na pisaniu fabuł fantasy przez ChatGPT, bo jest kompletnie bez sensu.
Otóż wielkim wysiłkiem czynu i woli godzimy Luxonów z jadeitowego morza z Kurzickami z kamiennego lasu, żeby pozyskać ich wsparcie w walce z Shiro. To godzenie ma taki przebieg, że najpierw bronimy Luxonów przed agresją Kurzicków, a następnie tych drugich przed agresją tych pierwszych. Dopiero gdy do walki włączają się potwory dotknięte demoniczną zarazą zesłaną przez nieumarłego zwyrodnialca – oba, skłócone stronnictwa tymczasowo zakopują topór wojenny i postanawiają łaskawie nie napierdalać się do czasu załatwienia istotniejszego problemu. Szkoda, że naszej klasy politycznej na to nie stać!
W międzyczasie jednak, Shiro – wraz z armią magicznych konstruktów – atakuje pałac cesarski w Kaineng City. Okazuje się bowiem, że do jego powrotu z zaświatów do fizycznej formy niezbędna jest cesarska krew! Na nic zatem zdaje się pokój pomiędzy Luxonami i Kurzickami, bo oczywiście Cesarza ratować musimy samodzielnie. Czynimy to oczywiście ochoczo i dzielnie, bo inaczej nie da się przejść gry, ale w trakcie ratowania życie traci Mistrz Togo, a że jest bratem Cesarza, to – o nie – Shiro udaje się odzyskać ciało!
W panice uciekamy zatem z Canthy, zostawiając za sobą płacz wdów i sierot, okrutnie rzezanych przez armię potworów… Nie no, wiadomo, że nie zwiewamy – żarcik. Zamiast powyższego, z miejsca ruszamy przeciwko demonowi i kładziemy go z powrotem do grobu. Nic zatem nie nacieszył się fizyczną postacią.
***
I tak oto, po 50 godzinach kończę przygodę “Guild Wars – Factions” (2006) i przechodzę do drugiego dużego dodatku “Guild Wars – Nightfall” (2006), o którym oczywiście w kolejnych wpisach.
Kolejny raz okazało się, że odkrycie 100% mapy było trudniejsze, niż ukończenie wszystkich zadań na najwyższym poziomie, choć zanim ubiłem takiego Shiro w wymaganym czasie, brałem się za niego 9 razy, oczywiście w wyniku rozlicznych zgonów tracąc i całkiem pokaźny pakiet doświadczenia, zgromadzony w toku przechodzenia gry.
Sukces jednak cieszy, a muszę zaznaczyć, że nie byłby możliwy bez wsparcia kolegi, tj. Bogumiła, który na pewny etapie, dzielnie włączył się do gry, by wspomóc moją drużynę w ukończeniu jednego z trudniejszych zadań. Za powyższe – serdecznie dziękuję.

