“Siły Kosmiczne” – sezon pierwszy (2020)

"Siły Kosmiczne" - sezon pierwszy (2020)

Zamieszanie wokół “Sił Kosmicznych” Stevena Carella i Grega Danielsa przypomina mi historie albumów nagrywanych pod koniec kariery przez niektóre z “dinozaurów rocka”. Najpierw zawsze były “obiecanki”, że to będzie opus magnum zespołu (“To będzie “The Office” w kosmosie!”), wierne pierwotnemu, młodzieńczemu, ostremu brzmieniu (“To będzie serial pełen mocnego, bezkompromisowego humoru!”); że gościnnie wystąpią najlepsi muzycy (Carell, Malkovich, Kudrow, Schwartz), że za produkcję będą odpowiadać mistrzowie w swoim fachu (musiałbym trzeci raz napisać nazwisko Carella, a dwa razy wystarczy), a na brzmienie wydano miliony dolarów (na oko budżet jednego odcinka większy, niż dziewięć sezonów wspomnianego “Biura”), itd. Po wszystkim jednak okazywało się, że forsa i gwiazdy to nie wszystko, a płyta to nie dzieło sztuki, tylko popłuczyny po dawnej chwale.

W “Internetach” często piszą, że największą krzywdę “Siłom Kosmicznym” wyrządziło właśnie zapowiadanie (przez sam Netflix), że to <<“The Office” w kosmosie>>, ale to tylko połowa prawdy. Owszem, rzecz faktycznie ma niewiele wspólnego z kultowym serialem o pracy biurowej, zdecydowanie odcinając się od formuły mockumentary – jednak problem z nowym dzieckiem Carella i Danielsa leży gdzie indziej. Otóż najdelikatniej rzecz ujmując – “Siły Kosmiczne” są umiarkowanie zabawne. Zaczynają się jeszcze naprawdę nieźle, od przyjemnej i zręcznej satyry na obecną administrację USA, lecz szybko tracą rozpęd, już w okolicach trzeciego odcinka zamieniając się w pełną czułości, rozmemłaną, rodzinną opowieść w rodzaju polsatowskiej “Rodziny zastępczej”

<przerwa na wymiotowanie>

Wiem, że są różne typy poczucia humoru i niektórych bawi np. “Latający Cyrk Monty Pythona”, a innych “American Pie” albo pierdy Adama Sandlera. Mam też świadomość, że nie jestem autorytetem w kwestii komedii, jednakże gdzieś tam pod skórą czując, że mam pewne wyczucie i talent do dowcipu wykraczający ponad powszechnie przyjętą przeciętność[1]W końcu prawie sto tysięcy fanów na fejsie nie może się mylić., pokuszę się o ocenę, że “Siły Kosmiczne” oferują ten sam “ciepły” (w negatywnym tego słowa znaczeniu), ostrożny i nieśmieszny humor, co  – w najgorszym przypadku – wspomniane wyżej “dzieło” Polsatu lub późne “Demotywatory”, a w najlepszym razie – ostatnie sezony “Bing Bang Theory” (jak już wszyscy mieli dziewczyny). Co gorsza, to nawet nie są suchary dla współczesnych emerytów. Są tu bowiem odcinki, które w ogóle nie próbują śmieszyć w inny sposób, jak nadmierną ekspresją lub mimiką Carella czy Malkovicha. A to chyba niezbyt dobrze świadczy o “komediowym” aspekcie widowiska.

Mimo ciekawego ogólnego pomysłu na całość, słabo wypada tu zresztą i sama opowieść o nowym – szóstym rodzaju sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Powiedzmy sobie, że rywalizacja kosmiczna to wdzięczny temat, z którego można sporo wycisnąć. Konfrontacja mocarstw, tajemnice wszechświata, zderzenie świata nauki i twardogłowych wojskowych, itp. To wszystko oczywiście w jakiś sposób jest w “Siłach Kosmicznych” obecne, ale mam wrażenie, że na drugim, albo nawet trzecim planie. Choć bowiem fabuła gdzieś tam zmierza do postawienia człowieka z powrotem na Księżycu, równie wiele miejsca poświęca się (nudnym i przewidywalnym) romansom bohaterów i rodzinnym rozterkom Nairdów. W rezultacie rzecz najdalej od połowy ogląda się na siłę, byleby dociągnąć do zakończenia, które zresztą cliffhangerem toruje drogę ewentualnej kontynuacji.

Co do obsady obsługującej opowieść, to Carell jako dowódca, wymyślonych przez Donalda Trumpa – Space Force – Generał Mark R. Naird – znowu gra Michaela Scotta z “The Office” (stwierdzam fakt, nie obrażam się o to, być może świat tego potrzebował); a asystujący mu Malkovich, w roli Głównego Naukowca – Dr Adriana Mallory’ego, jest stanowczo za mało ekscentryczny i sarkastyczny, jak na potencjał tej postaci. Trochę poprzewraca oczyma, trochę się powykrzywia i niewiele z tego wynika. Widać, że pomysł na niego mieli może producenci i marketingowcy, lecz nie twórcy scenariusza. Podobnie jest z najmniej śmieszną z ekipy “Przyjaciół” – Lisą Kudrow (tu w roli żony Nairda), która zalicza w “Siłach…” raczej epizodyczny występ, przez to dziesięć minut na ekranie, nie popisując się ani jednym gagiem. Komediowo absolutnie rady nie dają również Diana Silvers (córka Nairda – wybitnie irytująca kreacja, miałem ochotę ją skippować) oraz Tawny Newsome (kpt. Ali – wybitnie nudna kreacja, nie byłem w stanie skippować, bo zasypiałem). W rezultacie – pomimo zdwojonych wysiłków Carella – serialu nie ma kto pociągnąć, choć takie drugoplanowe postacie jak ewidentnie nadpobudliwy rzecznik prasowy (Schwartz), ciamajdowaty asystent Nairda (Lake) czy rosyjski szpieg oficjalnie poruszający się po bazie Sił Kosmicznych (Sparrow) miały spory potencjał satyryczny.

"Siły Kosmiczne" - sezon pierwszy (2020)
“Siły Kosmiczne” – sezon pierwszy (2020)

Szkoda z tego wszystkiego jest tym większa, że już na pierwszy rzut oka widać, że “Siły Kosmiczne” dostały pierońsko duży budżet, nie tylko na pierwszoligowych aktorów. Mają bowiem doskonale zaprojektowaną scenografię i bardzo porządne, nie tylko jak na serial – efekty specjalne. Niestety są to zasadniczo jedyne dobre słowa, które w tym momencie można powiedzieć o nowym “odcinkowcu” Netflixa, gdyż pierwszy sezon “Sił Kosmicznych”, składający się z dziesięciu trzydziestominutowych odcinków – nudzi i rozczarowuje. Gdybym zatem musiał go teraz oceniać, nie dałbym mu więcej, niż cztery punkty na dziesięć.

PS. Dla porównania dodam, że dla odświeżenia odpaliłem sobie niedawno kultowy (w pewnych kręgach) “Świat według Bundych” i potrafiłem rżeć przy nich przez godzinę, rezygnując z dalszego oglądania tylko po to, żeby zregenerować mięśnie przepony.

Przypisy:   [ + ]

1. W końcu prawie sto tysięcy fanów na fejsie nie może się mylić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *