“Squid Game” – sezon pierwszy (2021)

"Squid Game" (2021)

Fenomen koreańskiego “Squid Game”, nawet nie “pobił”, ale wręcz “zmiażdżył” wszelkie streamingowe rekordy. Ponieważ cyferki mogą w pełni nie ukazywać jego skali, warto wspomnieć, że w Korei Północnej, rządzonej twardą ręką Kima, ludzie ryzykowali życiem, żeby tylko gdzieś pod kocem obejrzeć parę odcinków. Szczęśliwie w Polsce, oglądanie “Gry w Kalmara” nie zostało spenalizowane. Warto jednak zauważyć, że nawet tutaj – nad Wisłą, przed wpływem serialu na dzieci przestrzegali lokalni duchowni, a osoba powołana do pełnienia funkcji ministra do spraw edukacji i nauki – obiecała, że “weźmie go pod lupę”[1]Czy słusznie? Sam nie wiem. “Squid Game” na pewno nie jest serialem dla dzieci i faktycznie niespecjalnie niesie jakieś wartości, poza wartością rozrywkową. Nie spodziewam się jednak, by miał na dzieciaki znacznie gorszy wpływ niż kupowane im po choinki gierki Rockstar Games. Wartość rozrywkowa zaś to taka sama wartość jak każda inna, a w przypadku dzieł kultury może i nawet ważniejsza, niż pozostałe.

Nie mam pojęcia, jak tam refleksje Przemysława Czarnka, ale mi trudno było zebrać się do tego tekstu, bo po prawie trzech miesiącach od obejrzenia pierwszego sezonu nadal nie do końca wiem, co o “Squid Game” myśleć. Z jednej strony rzecz, przez swoją okołogrową formułę na pewno jest nad wyraz wciągająca. Gdy już zatem przebrniesz przez pierwsze dwa odcinki, zwyczajnie jesteś ciekaw, jak cała historia się skończy. Z drugiej – jest stanowczo za długa, zbyt przegadana i mimo wszystko – dość przewidywalna. Pomimo ciekawego pomysłu, wykorzystuje bowiem motywy klepane w popkulturze już od jakichś stu lat. To nie jest coś, co niweczy sens oglądania serialu, w końcu tak w życiu, jak i przed ekranem stale śnimy te same sny, lecz akurat tu wyjątkowo irytuje.

Co dzieje się w Korei, zostaje w Korei

Założenia są takie: 456 osób z całej Korei, które łączy jedynie gigantyczne zadłużenie względem wierzycieli (bardziej obrazowo: nie do spłacenia bez wygranej na loterii, a najlepiej dwóch) dostaje zaproszenie do wzięcia udziału w tajemniczym turnieju. Mają przejść sześć kolejnych prób, nawiązujących do tradycyjnych, koreańskich zabaw dla dzieci, a ostatnia osoba na placu boju otrzyma nagrodę w wysokości 45,6 miliardów wonów[2]Przy dzisiejszej inflacji, to około: 157,5 miliona złotych. Tym co wyróżnia serialowy turniej spośród rzeczywistych azjatyckich gier i teleturniejów, w rodzaju chociażby japońskiego “Takeshi Castle”, jest to, że organizatorzy traktują go “nieco” zbyt poważnie. Objawia się to między innymi w tym, że przegrani w poszczególnych etapach są “eliminowani” w dosłownym znaczeniu tego słowa i nie muszą już dłużej czekać na szerszą dostępność nowego PlayStation. Innymi słowy – żegnają się nie tylko z turniejem, ale i z życiem.

To może się co poniektórym wydawać cokolwiek odstraszające, lecz organizatorzy turnieju wiedzą, co robią. Zawodnicy naprawdę nie mają już (prawie) nic do stracenia, a nagroda jest jedyną, realną szansą na wyrwanie się z codziennej beznadziei i przerzucenie się z picia “Sagi” i “Minutki” na porządnej jakości herbatę. Powyższe sprawia, że nawet gdy mają okazję odejść i uniknąć krwawej rywalizacji, posłusznie wracają do gry. A znajdują się wśród nich m.in.: makler giełdowy, który źle zainwestował pieniądze klientów; Koreanka z Północy, która chce uratować matkę i brata; staruszek chorujący na nowotwór mózgu; czy kryminalista, który okradł swoich mafijnych szefów. Zmagania powyższych są rozrywką dla bogatych obserwatorów, którzy chcą po prostu pooglądać rywalizację – na śmierć i życie – upodlonych przez długi ludzi.

Opowieść o zwyczajnym szaleństwie

Na pewnym poziomie, jest zatem “Squid Game” także modnym komentarzem społecznym, nie tylko do koreańskich rozwarstwień społecznych. Na górze mamy bowiem do czynienia z obrzydliwie zamożnymi, ale znudzonymi zwyrodnialcami, a na dole – z ubogimi desperatami, skłonnymi do wszelkiego ryzyka, byleby tylko wyjść z biedy. Pośrodku funkcjonuje natomiast bezlitosny “aparat administracyjny”, z polecenia bogatych obsługujący turniej i sprzątający trupy. Wypisz, wymaluj – typowy etat w Amazon.

Sam twórca serialu – Dong-hyuk Hwang – tłumaczył zresztą, że pomysł na całość narodził się z jego własnego poczucia bezsilności. Akurat znalazł się w trudnej sytuacji finansowej, musiał zaciągnąć kredyt, by w ogóle przetrwać i czytając japońskie komiksy takie jak “Battle Royale” czy “Liar Game” zaczął się zastanawiać, czy gdyby ktoś zaproponował mu udział w turnieju, w którym może stracić życie, ale i wygrać miliony, to by się zdecydował na start. Nie zaliczyliście jeszcze takiej refleksji? Poczekajcie na rozwój sytuacji gospodarczej w Polsce, to wrócimy do tematu.

Krytyka kapitalizmu i łączącej się z nim ekstremalnej konkurencji, nie jest jednak nachalna, a sama “filozofia” czy też “przesłanie” stojące za serialem – wręcz płytkie. Widać to zwłaszcza z perspektywy ostatniego odcinka, małego zwrotu akcji i następującego w jego rezultacie kłapania porażającymi banałami (na marginesie – wszystkie zwroty akcji, nawet jeżeli z jakiegoś powodu zaskakują – też są banalne). Zamiast obiecanej nagrody, w finale dostajemy więc stertę oczywistości i przewidywalną puentę.

“Squid Game” – sezon pierwszy (2021)

Raz, dwa, trzy – Baba Jaga patrzy!

Niemniej jednak, dopóki dopóty “Squid Game” skupia się tylko na rywalizacji rzeszy “randomów” o furę pieniędzy – faktycznie wciąga, niczym spółki skarbu państwa rodziny polityków. Co znamienne – dzieje się tak, pomimo tego, że zarówno azjatyckie dziedzictwo produkcji, jak i sam sposób realizacji serialu – niczego nie ułatwiają. Zjadaczowi chleba, a nie ryżu, trudno jest bowiem chociażby spamiętać wszystkie trójczłonowe imiona bohaterów. A przecież gdy nie znasz czyjegoś imienia, automatycznie zależy ci na jego losie tak ze cztery razy mniej. Typowy Europejczyk w “żonobijce” z flagą UE może mieć też problem z charakterystycznym dla azjatyckiego kina ekspresywnym aktorstwem, które sprawia, że ma się wrażenie, jakby część bohaterów permanentnie leciała na Ecstasy.

“Squid Game” ma też wreszcie dość istotny problem z długością całości, bo gdyby z tych 9 godzinnych odcinków wyrzucić 1/3, to rzecz momentami nadal byłaby przegadana i zbyt przeciągnięta. Myśl nieustannie powracająca podczas seansu niestety jest taka: “przestańcie pierdolić, dawajcie kolejną konkurencję!”. Jak jednak zapewne się domyślacie – gadania jest co nie miara, a rywalizacji w turnieju – zdecydowanie za mało. Może powyższe wrażenie byłaby w stanie zmienić wyższa jakość tegoż “gadania”, ale jak już wcześniej wspominałem, dialogi i refleksje bohaterów tylko męczą, jak kazanie matki, gdy odkryje że kurzysz fajki gdzieś za garażami.

Co zatem sprawia, że pokaźny ułamek ludzkości tak zwariował na punkcie “Squid Game”? No właśnie od pary tysięcy znaków próbuję wykazać, że nie wiem. Bez intrygujących założeń (bo te same w sobie są intrygujące – nikt nie zaprzeczy), rzecz nic ze sobą nie niesie, a jej realizacja jest co najwyżej przeciętna. Może być po prostu tak, że my ludzie (“We the People”) zwyczajnie powszechnie mamy w sobie ten gen małego, cichego psychopaty, który sprawia, że podnieca nas podglądanie jak inni ścigają się na śmierć i życie. Innymi słowy, na pewnym poziomie niczym się nie różnimy zarówno od tych biedaków na dole, walczących w błocie o ostatnią kromkę chleba, jak i od tych, którzy w życiu mieli nieco więcej szczęścia i mogą na to wszystko gapić się z wygodnej kanapy i popijać drinki. W końcu zresztą bogatych od biednych nie dzieli nic prócz forsy.

I może właśnie dlatego – napiszmy to po raz trzeci – serial wciąga jak dzika kuna kable samochodowe do ryja.

***

W związku z zapowiedziami kolejnego sezonu, tradycyjnie nie chciałbym oceniać całości, ale gdybym musiał z perspektywy pierwszej serii odcinków, to wlepiłbym mocne 6/10.

Przypisy:

Przypisy:
1 Czy słusznie? Sam nie wiem. “Squid Game” na pewno nie jest serialem dla dzieci i faktycznie niespecjalnie niesie jakieś wartości, poza wartością rozrywkową. Nie spodziewam się jednak, by miał na dzieciaki znacznie gorszy wpływ niż kupowane im po choinki gierki Rockstar Games. Wartość rozrywkowa zaś to taka sama wartość jak każda inna, a w przypadku dzieł kultury może i nawet ważniejsza, niż pozostałe.
2 Przy dzisiejszej inflacji, to około: 157,5 miliona złotych
Tagi
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *