“Star Wars: The Old Republic” (2011)

Dla przytłaczającej części populacji globu, która w ogóle kojarzy słowo “Kotor”, jest to wyłącznie nazwa słonecznego miasta w Chorwacji. Są jednak indywidua, dla których ów wyraz rozwija się w tytuł: “Knights of the Old Republic”, przywołując wspomnienie jednej z największych, elektronicznych przygód życia.

Powiedzieć, że “Star Wars: Knights of the Old Republic” (2003) był na swoje czasy grą wybitną to nic nie powiedzieć. Uniwersum “Gwiezdnych Wojen” z czasów Starej Republiki, w połączeniu z ciekawą, precyzyjnie poprowadzoną historią i świetną cRPGową mechaniką – zaowocowało powstaniem tytułu, który wprost rozkochał w sobie graczy. I choć współcześnie patrzy się nań zazwyczaj wyłącznie przez pryzmat jakości opowieści i największego fabularnego zwrotu akcji w historii gier komputerowych (powiedzmy sobie, że nie bez przyczyny, bo tenże z całą stanowczością zasłużył na miano absolutnego, narracyjnego arcydzieła), śmiem twierdzić, że “KOTOR” był rewelacyjny także we wszystkich innych aspektach definiujących grę, którą pamięta się przez całe życie (poza może oprawą graficzną, która choć przyzwoita – nigdy nie porywała).

To jednak nie jest notka o grze z 2003 r., ani nawet o jej – prawie tak samo dobrym – sequelu z 2005 r. “Star Wars: The Old Republic” (2011) mimo podobnego tytułu, bardzo licznych nawiązań fabularnych i ścieżki dźwiękowej wprost zapożyczonej od wyżej wskazanych, nie jest bowiem czymś w rodzaju “Knights of the Old Republic III”. W przeciwieństwie do obu “KOTORów” nastawionych na pojedynczego gracza, “TOR” to niemalże klasyczne MMORPG[1]Skrót od: “massively multiplayer online role-playing game”, czyli w wolnym tłumaczeniu “masowa wieloosobowa sieciowa gra fabularna”., co z punktu widzenia ludzi “lubiących grać samemu” ma oczywiście znacznie więcej wad, niż zalet. Nie jest jednak tak źle, jak można by się obawiać, bo rzeczy znacznie bliżej jednak do serii “Guild Wars”, którą można spokojnie ukończyć w pojedynkę, niż np. do “World of Warcraft”, a gdzieś tam próbuje też udanie zaznaczyć własną tożsamość.

“Star Wars: The Old Republic” (2011)
Odkrycie zlokalizowanej pomiędzy wzgórzami Świątyni Jedi na Tythonie to dopiero początek przygody.

“A long time ago…”

Na wstępie zaznaczę, że po dziewięciu latach rozwijania produktu przez BioWare, wypuszczenia masy rozszerzeń i update’ów, gra jest ogromna i żeby tu wszystkiego spróbować, a co dopiero ukończyć lub “wymaksować” – potrzeba dobrych kilkuset, jeżeli nie kilku tysięcy godzin. Na dobrą sprawę, nawet żeby poznać całość tej najbardziej podstawowej fabuły, rzecz trzeba ukończyć osiem razy, jako że każda z ośmiu klas postaci (po cztery na stronę konfliktu) ma tu zupełnie odrębną, klasową historię, w tym zupełnie innych towarzyszy ze swoimi własnymi dialogami, questami i opowieściami. Nie chcąc zatem porywać się z motyką na słońce, zamierzam nieco odstąpić w tekście od zwyczajowego przyglądania się wszystkim elementom i jednocześnie zastrzec sobie prawo do poczynienia doń “aneksów”, w przypadku kolejnych podejść[2]Bo oczywiście zamierzam to skończyć przynajmniej osiem razy..

Dla porządku dodam też, że choć zagrać w “Star Wars: The Old Republic” można także za darmo, sam zdecydowałem się na opcję z abonamentem. Powiedzmy sobie, że kilkadziesiąt złotych wydanych miesięcznie na grę, to nie jest wysoka cena za brak ograniczeń związanych z jej zawartością.

“Star Wars: The Old Republic” (2011)
Takich konfrontacji zalicza się tu tyle, że trudno spamiętać imiona wrogów.

“…in a galaxy far far away….”

Jakoś tak mi się przyjęło, że o mechanice i o oprawie audiowizualnej recenzowanych tytułów zazwyczaj piszę po streszczeniu fabuły. Proponuję jednak tym razem odwrócić kolejność i jak Pan Bóg przykazał najpierw zjeść ziemniaczki, a mięsko zostawić na koniec.

Otóż gra – nawet jak na standardy 2020 r., wygląda przynajmniej poprawnie – głównie dzięki lekko animowanej, nie silącej się na hiperrealizm oprawie. W stosunku do obu “KOTORów” postęp jest zaś wręcz gigantyczny. Grafika jest całkiem szczegółowa i przejrzysta, a krajobrazy poszczególnych planet zróżnicowane i przyjemne dla oka, co istotnie umila ich eksplorację. Trzeba też przyznać, że “Star Wars: The Old Republic” oferuje do oglądania, naprawdę sporo rzeczy, które fanowi “Gwiezdnych Wojen” zrobią ciepło na serduszku. Plac przed Galaktycznym Senatem na Coruscant, Anchorhead na Tatooine czy zrujnowane orbitalnym bombardowaniem Taris zrealizowano starannie i z dbałością o detale. Ponarzekać można za to z pewnością na niewielką liczbę modeli NPCów (ciągle spotyka się podobnych osobników) i stosunkowo dużą powtarzalność elementów graficznych, generujących pewną monotonię. Wyraźnie widać, że ktoś tu trzaskał otoczenie w niezbyt bogatym w elementy edytorze, bez silenia się na specjalny artyzm. Wziąwszy jednak pod uwagę olbrzymią skalę gry – było to raczej nie do uniknięcia.

"Star Wars: The Old Republic" (2011)
Quesh przypomina żywiecczyznę w połowie sezonu grzewczego.

To co z pewnością też kuleje i co już nie znajduje specjalnego usprawiedliwienia, to praktyczny brak tych wszystkich drobnych animacji, filmików i cutscenek, które w “KOTORach” tak wspaniale budowały klimat. “Star Wars: The Old Republic” jest z tego praktycznie wykastrowane. Z rzadka tylko pojawia się scenka wchodzenia statku kosmicznego w atmosferę planety i to wszystko. Postacie generalnie “teleportują” się pomiędzy okrętami, planetami i innymi miejscami akcji po kliknięciu w dany interaktywny obiekt, a graczom nie pozostaje nic innego niż “dowyobrażanie” sobie sposobu i środków transportu, którymi przemieszczają się na ogromne odległości. To zresztą nie wszystko – bo przykładowo, nawet w finale kampanii “Jedi Knight”, uważanej za “duchową” kontynuację fabuły singlowych pierwowzorów – mówi się o wielkiej bitwie Republiki z Imperium nad Dromund Kaas (dla odwrócenia uwagi Imperatora), lecz w grze nie widzimy nawet jej fragmentu. Tak tu jest tu z praktycznie wszystkimi wielkimi wydarzeniami, o których (tylko) słyszymy. W rezultacie “TOR” to – mimo wszystko – nie jest rzecz dla “wzrokowców” bez wyobraźni.

Jakichkolwiek zarzutów nie można mieć natomiast do oprawy dźwiękowej. Muzyka trzyma typowy dla “Gwiezdnych Wojen” bardzo wysoki poziom. Większość kompozycji wykreowano zupełnie od nowa na potrzeby gry, ale na playliście nie zabrakło klasyków z filmowych odsłon serii, a także utworów wyciągniętych z “KOTORów”. Powyższe bez wątpienia odpowiada za co najmniej połowę gęstego, “starwarsowego” klimatu, lejącego się z ekranu podczas rozgrywki.

Bardzo dobrze wypada też pozostała część udźwiękowienia, a zwłaszcza głosy postaci. “Star Wars: The Old Republic” jest przy tym chyba jedynym MMORPG, które może się pochwalić PEŁNYM udźwiękowieniem WSZYSTKICH dialogów. Wziąwszy pod uwagę ogromną ilość rozmów w grze i jakość aktorstwa głosowego, ekipa produkcyjna poniosła tytaniczny wysiłek, którego nie sposób nie docenić. Tym bardziej, że dubbing jest znakomity.

"Star Wars: The Old Republic" (2011)
Taris to urocze postapokaliptyczne ruiny.

“It is a period of a civil war”

Jeżeli chodzi o to, jak się w to gra, to “Star Wars: The Old Republic” próbuje połączyć ogień z wodą, tj. rozgrywkę nastawioną na pojedynczego gracza z pełnoprawną masową “sieciówką”. Efekt nie jest zły, lecz tak skonstruowana rzecz oczywiście nie jest w stanie w pełni uszczęśliwić “singlarzy”.

Najbardziej bolą przede wszystkim nadmierne uproszczenia w konstrukcji opowieści. Bo nawet gdy historia jest niezła (a momentami jest), to zarówno questy główne, jak i zadania poboczne przez całą rozgrywkę pozostają prymitywne jak Ewoki. Zazwyczaj naszym celem jest dotarcie w jakieś miejsce, zabicie określonej osoby/zabranie określonego przedmiotu i powrót do zleceniodawcy. I tak przez przeszło 95% gry[3]Przy czym nie róbcie sobie nadziei po tych pozostałych 5% – są niewiele lepsze.. Nie ma tu alternatywnych ścieżek i sposobów rozwiązania danego problemu. Co najwyżej na końcu danego zadania możemy zdecydować, czy np. pozostawić kogoś przy życiu czy też podarować przedmiot X postaci A lub B, co jednak absolutnie nie wpływa na resztę gry[4]Ok, czasami dostajemy e-mail od ocalonej osoby.. Do tego dochodzą jeszcze bardziej MMORPGowe grzeszki, jak błyskawicznie respawnujący się wrogowie i questy, które można powtarzać w nieskończoność – robiące immersji z dupy jesień średniowiecza.

Poza powyższymi, “Star Wars: The Old Republic” oczywiście zawiera te wszystkie typowo “sieciówkowe” ustrojstwa, jak rajdy (w kilku wersjach), wydarzenia sezonowe, gildie, rywalizację PvP czy giełdę przedmiotów. Do tego dochodzą mało finezyjnie zrealizowane walki kosmiczne (zarówno PvP jak i PvE), możliwość zakupu i rozbudowy osobistej twierdzy, a także bardzo rozbudowany crafting. Wszystko to sprawia, że w grze zdecydowanie jest co robić. Powiem więcej – czasami miałem wrażenie, że jest tego aż za dużo i we Flotach obu stron konfliktu, które robią tu za centralne huby dla wszelakich aktywności, czułem się mocno zagubiony. Rzecz co chwilę bowiem bombardowała mnie propozycjami aktywności – “zobacz to!”, “spróbuj tego!”, przez co trudno było skupić się na opowiadanej historii.

"Star Wars: The Old Republic" (2011)
Spotkanie ze starym znajomym…

Szczęśliwie – to też nie tak, że trzeba się w to wszystko bawić. “Star Wars: The Old Republic” jest bowiem zorganizowane w taki sposób, że można przymknąć oko na wyżej wskazane sieciowe “fajerwerki” i poświęcić się wyłącznie grze w pojedynkę. Co istotne nie trzeba się wówczas nawet martwić o poziom trudności (niezbyt wygórowany zresztą), bo 100% aktywności niezbędnych do zaliczenia fabuły można tu spokojnie ogarnąć samemu. Sieciówkowy rodowód nie krzywdzi też “singlarzy” np. mechaniką walk, która choć – z oczywistych względów – nie pozwala już na aktywną pauzę i planowanie starć, jest bardzo intuicyjna i całkiem satysfakcjonująca. Przy czym oczywiście, jak ktoś nie lubi walk, to powinien trzymać się od tego tytułu z daleka, bo jest ich tu tyle co w hack’and’slashach.

Niezależnie od powyższego pochwalić należy w końcu również świetnie zorganizowany i przejrzysty bazowy interfejs, który zresztą dodatkowo można sobie dowolnie i łatwo dostosować do swoich oczekiwań.

"Star Wars: The Old Republic" (2011)
Lepiej nie szwendać się po północy w okolicach krakowskiego Rynku.

“Turmoil has engulfed the Galactic Republic.”

Fabularnie jest… specyficznie. Przynajmniej w oryginalnych kampaniach. Dla jasności wywodu przyznaję bowiem, że udało mi się na razie ukończyć jedynie pierwszą główną kampanię (wspomniany “Jedi Knight”, o którym niżej). Dodatków (podobno znacznie lepszych pod względem jakości opowieści) nie ruszyłem. Moje wrażenia zatem mogą się jeszcze radykalnie zmienić.

Póki co, rozwijając mało precyzyjny przymiotnik z akapitu powyżej, mogę w miarę obiektywnie stwierdzić, że rzecz z pewnością oparto na utartych i przewidywalnych, ale całkiem interesujących fabularnie podstawach. Akcja “Star Wars: The Old Republic” rozgrywa się na 3-4 tysiące lat przed wydarzeniami znanymi z filmowej sagi i równocześnie około trzysta lat po zakończeniu historii opowiedzianej w “Star Wars: Knights of the Old Republic II – The Sith Lords” (2005). Imperium Sithów ujawniło się i brutalnie (jak i widowiskowo) najechało Starą Republikę. Front walki otwarł się – tak na znanych planetach jak chociażby Alderaan, Tatooine, Coruscant, Hoth, Corelia czy Korriban, jak i mniej popularnych, bardziej egzotycznych miejscówkach (Tython, Voss, Belsavis, Ord Mantell, etc.). Zasadniczo – tu nie ma zmiłuj, ani żadnych innych Bieszczadów – napierdala się ze sobą cała galaktyka. Nawet jeżeli Sithów gdzieś oficjalnie nie ma, to z pewnością jest ich agentura, próbująca osiągnąć swoje mniej lub bardziej zbrodnicze (czy tam – “polityczne”) cele.

Opisów świata przedstawionego i rozmaitych jego aspektów, uzupełniających się w swoistym leksykonie gry (zwanym tu “Codex”) jest bezliku i są całkiem nieźle napisane (dość rzec, że czytałem absolutnie wszystko). Jeszcze więcej jest dialogów pomiędzy protagonistą, a NPCami, ale tym już z kolei daleko do mistrzostwa konwersacji, jakie prezentowały oryginalne “KOTORy”, a także serie “Mass Effect”, “Dragon Age” czy “Wiedźmin” (z drugiej strony jest o niebo lepiej niż w “Morrowindzie” czy “Oblivionie”, więc może się czepiam). Pochwalić można za to dobrze napisanych towarzyszy protagonisty, którzy zazwyczaj nie są papierowymi  przydupasami, ustawionymi przy naszym boku jedynie dla ozdoby. Mają swoje historie, swoje własne – mniej lub bardziej – uzasadnione motywacje i z pewnością swoje charaktery. Chyba podobali mi się nawet bardziej, niż postacie niezależne ze wspomnianego wyżej “KOTORa II” i trochę szkoda, że przeciętne dialogi nie pozwalały poznać ich lepiej.

I. JEDI KNIGHT

Tyle z ogólników, bo pierwsza z oryginalnych kampanii gry, związana z klasą “Jedi Knight”, jednak nie prezentuje się najlepiej. Nie chciałbym, żebyście mnie źle zrozumieli – mam świadomość, że opowiadanie historii przez gry cRPG, to niemal zawsze droga “od zera do bohatera”, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć to zabawa w ratowanie świata i ciężka praca na niechybną beatyfikację. “Star Wars: The Old Republic” wyjeżdża jednak ze sztampą o przynajmniej trzy “ciuty” za daleko. Żeby być bardziej precyzyjnym – to, że opowieść prowadzi nas od uczniaka i treningowych pól Tythonu, aż do tytułu pełnoprawnego Mistrza Jedi i ostatecznej konfrontacji z Imperatorem na Dromund Kaas w okrutnie przewidywalny sposób – nawet mi tak nie przeszkadza, ale to że na praktycznie każdej planecie powstrzymujemy jakąś imperialną wunderwaffe – już bardzo. Trudno mi uwierzyć, że nie dało się napisać scenariusza lepiej, bez uciekania się do seryjnego ratowania światów oraz demonizowania Imperium Sithów i robienia z nich wysłanników piekieł, zainteresowanych tylko masowymi rzeziami niewinnych planet. Bo jakoś w “KOTORach” dało się sprzedać i heroizm, i tragizm i kilka innych “-izmów”.

Całości na pewno nie pomaga też bazowy charakter naszego protagonisty. To pozbawiony jakichkolwiek złudzeń i wątpliwości, klasyczny Rycerz Jedi, który zawsze perfekcyjnie – bez mrugnięcia okiem – robi to, co do niego należy. Dość powiedzieć, że po dwóch setkach godzin słuchania jego dialogów, zacząłem odruchowo odpowiadać ludziom dziękującym mi w pracy za dobrze wykonaną robotę, że nie trzeba – “because it was my honor and duty” (gdybym pił setkę za każdym razem, gdy nasz bohater to mówi, to nie dożyłbym połowy gry). Protagonista jest zatem zwyczajnie nudny i nawet ciekawi towarzysze (taka Kira czy Doc, to naprawdę fajnie napisane postacie) nie są go w stanie ocalić.

Dodam także, że przez kampanię przeszedłem jak przecinak. Absolutnie nic nie stanowiło dla mnie jakiegokolwiek wyzwania. Nawet Imperatora rozklepałem w niecałe 10 sekund, nawet nie bardzo zauważając kiedy to się stało (z większością bossów i z co większymi przeciętnymi “mobkami” zmagałem się dłużej).

I. JEDI KNIGHT

Ukończenie kampanii "Jedi Knight" zajęło mi dokładnie 237 godzin, ale zanim uciekniecie z krzykiem wyjaśnię, że wykonywałem absolutnie wszystkie zadania (główne, poboczne, bonusowe, heroiczne - wszystkie) oraz odkrywałem całą mapę, przy okazji znajdując wszystkie datacrony ("TORowa" "znajdźka") i wpisy w Codexie.

"Star Wars: The Old Republic" (2011)
Szczęśliwe zakończenie wymaga nieraz trupa na środku podłogi.

Podsumowanie

Zasadniczo, przez to przeszło dwieście godzin bawiłem się dobrze, ale w okolicach końca kampanii mocno doskwierało mi już pewne znużenie tematem. Wiedziałem, że żadnych fabularnych zwrotów akcji nie będzie (no i nie było), że gra niczym mnie nie zaskoczy (no i nie zaskoczyła), a także że za jedną planetą czeka kolejna, w której znowu będę musiał wykonać dokładnie takie same aktywności jak wcześniej.

Gdyby to było inne uniwersum, pewnie popierdalałbym przez opowieść – byleby szybciej – niczym dumny flaming przez… no, ten teren po którym zazwyczaj chodzą flamingi.

Natomiast, nie ma co się oszukiwać – to że tłem jest uniwersum “Gwiezdnych Wojen” – zmienia wszystko. Dla tego świata (światów) warto w “Star Wars: The Old Republic” zagrać, pomachać mieczem świetlnym lub postrzelać z blastera, nawet wówczas gdy szczerze nie przepada się za MMORPG. To chyba najlepsza okazja, żeby spróbować się przełamać.

Stąd też taka ocena pod tekstem, a nie inna.

“Star Wars: The Old Republic” (2011)
Podsumowując:
Może to i nie kolejna odsłona "Knights of the Old Republic", ale jako substytut broni się całkiem nieźle.
Na plus:
Uniwersum "Star Wars" z wszystkimi jego zaletami.
Świetne udźwiękowienie, w tym muzyka i dubbing.
Olbrzymia ilość dostępnych aktywności.
Całkiem niezły system walki i rozwoju postaci.
Można bezproblemowo grać zarówno samemu, jak i ze znajomymi lub obcymi ludźmi z całego świata.
Na minus:
Fabuła kampanii "Jedi Knight" pozostawia wiele do życzenia.
Raczej przeciętna jakość dialogów.
Na dłuższą metę - monotonne krajobrazy.
Powtarzalność zadań i ich niewielkie wyrafinowanie.
Konieczność przedzierania się na każdym etapie przez hordy, szybko respawnujących się wrogów.
Pod względem poziomu trudności nie stanowi absolutnie żadnego wyzwania.
8
Warto

Przypisy:

Przypisy:
1 Skrót od: “massively multiplayer online role-playing game”, czyli w wolnym tłumaczeniu “masowa wieloosobowa sieciowa gra fabularna”.
2 Bo oczywiście zamierzam to skończyć przynajmniej osiem razy.
3 Przy czym nie róbcie sobie nadziei po tych pozostałych 5% – są niewiele lepsze.
4 Ok, czasami dostajemy e-mail od ocalonej osoby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *