Każdy rodzic zna ten nagły skok ciśnienia i ucisk przerażenia, gdy dziecko nieoczekiwanie na moment zniknie z oczu. O swoje pisklęta lękamy się wszakże znacznie bardziej, niż o samych siebie. I właśnie na tym, pierwotnym strachu opiera się scenariusz omawianej dziś produkcji SkyShowtime.
Rzecz jest ekranizacją powieści irlandzkiej pisarki o tym samym tytule, tyle że przenosi akcję z przedmieść Dublina na obrzeża Chicago.
Marissa Irvine (Sarah Snook) jest kobietą sukcesu z tzw. “wyższych sfer”, wiodącą życie tak skrojone, że aż prosi się o to, żeby los powiedział “sprawdzam”. Nieuchronne następuje, gdy pewnego popołudnia jedzie odebrać swojego pięcioletniego syna – Milo (Duke McCloud) – z pierwszej wyjściówki do kolegi z przedszkola. Na miejscu bowiem, zamiast radosnego blond słodziaka z plecakiem na ramieniu oraz mającej się nim opiekować, nowopoznanej koleżanki – Jenny (Dakota Fanning), zastaje tzw. ZOB (Zupełnie Obcą Babę), która o Milo wie mniej więcej tyle, co przeciętny użytkownik TikToka o metafizyce. W rezultacie, oddając prawdę starej zasadzie, że w luksusowych dzielnicach nikt nie jest tym, za kogo się podaje, Marissa wpada w spiralę paranoi, desperacji i nerwowego oczekiwania (niekoniecznie w tej kolejności). Jakby tego było mało – musi zmierzyć się z faktem, że cokolwiek nie działoby się z dzieckiem, tytułowa „wina” zawsze zwalana jest na matkę.
To jego atuty
Darując sobie szersze wstępy, są dwie rzeczy, którymi „To jej wina” wyróżnia na tle gęstej, streamingowej konkurencji.
Pierwsza to tempo. Rzecz dosłownie zaczyna się od trzęsienia ziemi – jak Pan Alfred przykazał, tj. od sceny zaginięcia dziecka. Dalej wcale nie jest gorzej, bo mocny akcent na wstępie narzuca wysokie tempo narracji, a całość konsekwentnie i umiejętnie dawkuje kolejne informacje i niedopowiedzenia, skutecznie zachęcając do oglądania następnych odcinków.
To rzadka sztuka, tym bardziej, że serial liczy sobie, aż osiem epizodów, co zazwyczaj oznacza rozwleczenie scenariusza o co najmniej dwa odcinki. W przypadku „To jej wina” kompletnie nie mieliśmy tymczasem wrażenia, że rzecz się dłuży. Co więcej – gdzieś na wysokości piątego epizodu, nie mogliśmy się już z żoną doczekać zakończenia i korzystając z dobrodziejstw współczesnej technologii, dooglądaliśmy serial po angielsku.
Zerkając na to co dzieje się w sieci, wiem, że zdania w tym temacie są podzielone i oczywiście potrafię to zrozumieć (dla niektórych nudna czy też ślamazarna jest “Sukcesja”, “Rzym” lub “Andor” – a przecież tam CAŁY CZAS COŚ SIĘ DZIEJE). Natomiast, trudno mi sobie wyobrazić, co serial o zaginionym dziecku mógłby zrobić inaczej, żeby takich malkonentów nie znudzić. Wprowadzić do scenariusza strzelaniny i pościgi?
Druga kwestia to sposób, w jaki całość rozstawia bohaterów na szachownicy scenariusza. Tu nie ma przypadkowych figur, które znalazły się w kadrze tylko po to, żeby córka Jana Englerta mogła dostała rolę. Każda główna postać – od zdesperowanej Marissy, przez jej koleżankę – Jenny, po niepełnosprawnego brata męża protagonistki – zostaje umieszczona na konkretnym polu po to, by przygotować grunt pod ostateczne rozwiązanie akcji. Nawet policjant prowadzący śledztwo staje przed określonym dylematem – “po coś”, nie mówiąc już o rozlicznych bohaterach na trzecim planie, którzy też mają znaczenie. To zaiste uroczo rozpisana gra pozorów, której finał poprzedza gąszcz wzajemnych oskarżeń i sprawnie zaplanowanych zwrotów akcji.

To moje słowo końcowe
Aktorsko jest na tyle dobrze, że dźwigająca całość Sarah Snook zgarnęła za swój występ tegoroczne wyróżnienia i nagrody[1]nominację do Złotych Globów + Critics’ Choice Awards 2026, i nawet przez moment nie ma się wątpliwości, że zasłużenie – tym bardziej, że to naprawdę całkiem inna rola niż w “Sukcesji”. Na jej tle, Dakota Fanning prezentuje się nieco drewnianie, ale uważam że przynajmniej “daje radę”. Solidny występ zalicza też Michael Peña, choć on akurat zazwyczaj radzi sobie nawet wtedy, gdy film jest słaby. Dziwi za to brak szerszego docenienia Jake’a Lacy’ego, grającego męża protagonistki, który tworzy tak wiarygodną postać “osoby z problemami” (nie chcę zbyt dużo zdradzić), jakby został żywcem wyjęty z grona absolwentów studiów prawniczych na UJocie.
I jeśli jest coś, czego można (na siłę) się czepiać, to to jak bardzo autorzy scenariusza nienawidzą mężczyzn. Poza dosłownie jedną postacią – dostajemy tu niesamowitą galerię nieprzyjemnych, bądź oślizgłych typów. Ktoś kto to pisał, musiał zatem zostać kiedyś bardzo skrzywdzony.
Poza tym – „To jej wina” – to zaskakująco udany produkt telewizyjny.
Przypisy:
| ⇧1 | nominację do Złotych Globów + Critics’ Choice Awards 2026 |
|---|
