Określanie “Wielkiej Wody” mianem <<polskiego “Czarnobyla”>> w uroczy i dość trafny sposób pozycjonuje bohatera niniejszego tekstu. Bezpośrednie porównywanie do jednego z najlepszych seriali ostatnich lat, niewątpliwie nobilituje bowiem widowisko Netflixa. Z drugie zaś strony, przymiotnik “polski”, wprost wskazuje że zamiast z równorzędnym dziełem, mamy raczej do czynienia z <<“Czarnobylem” w domu>>.
Powyższe, w żadnym wypadku nie powinno jednak urągać “Wielkiej Wodzie”. Choć bowiem rzecz wyraźnie odstaje od słynnej produkcji HBO, z pewnością pozytywnie wyróżnia się pod względem realizacji nie tylko na tle krajowych “odcinkowców”.
I to do tego stopnia, że nazywanie jej “najlepszym polskim serialem Netflixa” wcale nie wydaje się bardzo przesadzone.
“Woda ma to do siebie, że się zbiera i stanowi zagrożenie, a potem spływa do Bałtyku.”
Gdy tzw. “Powódź tysiąclecia” przetaczała się przez Polskę w lipcu 1997 r., miałem jakieś dwanaście lat. Skłamałbym gdybym powiedział, że mnie wówczas dotknęła, bo w rodzinnej wiosce, zlokalizowanej jakieś 20 km od Wisły, nie mieliśmy nawet wody w piwnicy[1]Wprawdzie z prostej przyczyny – nie mieliśmy piwnicy – ale jednak.. Rzecz jest jednak dość dobrze znana większości Polaków, bo nawet po latach trudno wyrzucić z głowy zdjęcia zalanych wsi; ludzi bezskutecznie próbujących ratować dobytek, bądź czekających na ewakuację na dachach zatopionych domostw.
Dwadzieścia pięć lat, to niby szmat czasu, a czasami pewnie i cała wieczność. A jednak podejmowanie takiego tematu nawet po ćwierćwieczu nie jest wolne od ryzyka. Łatwo zbyt mocno szarpnąć czułą strunę, nietrudno o uproszczenia, czy krzywdzące oceny. Krajowi filmowcy lubią w takich przypadkach zamknąć oczy i “szrajbnąć” od linijki prostą, szablonową opowiastkę, byleby nikomu się nie narazić, nawet gdy takie podejście kończy się mało angażującą wydmuszką w rodzaju “Broad Peak” (2022).
Tym milsze zaskoczenie, że “Wielka Woda” – choć miejscami strasząca schematami – mimo wszystko ma całkiem sprawnie napisany scenariusz. Na dodatek, na ogół jest on wypchany niezłymi, naturalnymi dialogami i co najważniejsze – nie unika ocen i pakowania się w trudne tematy. Potężna cześć historii koncentruje się bowiem na wątku wysadzenia wałów w pobliskich Łanach (tutaj funkcjonujących jako Kęty), co miałoby zniwelować falę i uratować Wrocław przed zalaniem. Serial nawet w pewien sposób zdaje opowiadać się za interesem miasta, choć oczywiście bez próby uzasadnienia. Sporo miejsca poświęca się tu również indolencji władz; przedkładaniu interesów politycznych ponad interes społeczeństwa, czy też słabemu wyszkoleniu i wyposażeniu policji oraz wojska.
W rezultacie rzecz, choć niewątpliwie potężnie obciążona dziedzictwem “polskiej szkoły scenopisarskiej” (o czym niżej), od początku angażuje jak mało który polski serial Netflixa, wliczając w to oba, dobrze oceniane przecież “Rojsty”. Co nie bez znaczenia – po zdobyciu uwagi widza, całość w rozsądnym tempie rozwija wszelkie wątki, sprawnie zamykając je w finale.

“Ta powódź już jest w odwrocie.”
Powyższe obserwujemy oczyma kilkorga bohaterów. Centralnymi postaciami są hydrolog – Jaśmina Tremer (Agnieszka Żulewska) oraz wicewojewoda dolnośląski – Jakub Marczak (Tomasz Schuchardt), których łączy dość skomplikowana relacja. Do grona głównych charakterów można zaliczyć też Andrzeja Rębacza (Ireneusz Czop), próbującego ratować rodzinny majątek we wspomnianych wyżej Kętach.
I trochę szkoda, że “Wielka Woda”, wzorem arcydzieła HBO – nie skupiła się głównie na katastroficznej stronie dramatu, zamiast tego próbując (niezdarnie) pogłębić sylwetki bohaterów. Wątek obyczajowy związany z wyżej wskazaną parą jest bowiem w najlepszym przypadku przeciętnie interesujący, a jednocześnie potwornie sztampowy. Ona ma problemy z nim, z matką i ze środkami odurzającymi, on ma problem z nią, z córką i politycznymi ambicjami. Na tle naprawdę żywych i soczystych dialogów, kłótnie Jaśminy i Jakuba wyglądają jak te pomiędzy Cichopek, a Mroczkiem w pierwszych odcinkach “M jak Miłość”. Nie da się tego, kurwa, słuchać. Analogicznie jest ze schematami. On musi mieć romans z asystentką (bo kto by nie miał w jego sytuacji); ona pod wierzchnią warstwą typowej suczy oczywiście skrywa wrażliwe i żałujące serce; a skoro w serialu jest czyjaś nastoletnia córka, to wiadomo że musi spierdolić z domu akurat w chwili największego zagrożenia. Jeszcze gorzej jest rozpisany wątek osobisty Rębacza. Jego relacja z ojcem jest banalnie pospolita, a z niemieckojęzycznym synem – kompletnie niezrozumiała.
Szczęśliwie – to w zasadzie jedyna większa wada serialu. Poza tym praktycznie wszystko stoi na bardzo wysokim poziomie. Montaż prawdziwych, zarejestrowanych na taśmie ujęć powodzi z tymi zaaranżowanymi na potrzeby serialu jest rewelacyjny. Scenografia i “vibe”[2]Czemu w języku polskim nie mamy takich fajnych słówek? lat 90tych – kapitalne. Wiem, że internetowe marudy narzekają, że miejscami całość bardziej przypomina ’89, niż ’97, ale kijec im w oko – puszczę kiedyś ten serial dzieciom, żeby zobaczyły w jakich czasach “Tatuś się uchowywał.” Nawet dla samych tych scen – Wrocławia pod wodą – warto “Wielką Wodę” zobaczyć.

“Czy będzie drugi sezon?”
Mam nadzieję, że jednak nie, bo ten kraj ma już dosyć nieszczęść. Niemniej jednak, naprawdę dawno nic polskiego tak mnie nie zaangażowało. Dlatego z czystym sercem wręczam polecajkę.
