Zestawienie krótkich recenzji z 2020 r.

I dobrnęliśmy do końca tego dziwnego roku, więc tradycyjnie – ażeby nic w przyrodzie nie zginęło – poniżej zestawienie krótkich recenzji, opublikowanych w 2020 r. w mediach społecznościowych. Izolacja wywołana pandemią oczywiście sprzyjała oglądaniu, ale tekstów jest więcej, bo po prostu zacząłem więcej pisać. Tak jak ostatnio, trochę mało tu o książkach, mimo że to pół mojego życia. W 2021 r. spróbuję się poprawić.

FILMY I SERIALE

“The Crown” – sezon trzeci (2019)

“The Crown” – sezon trzeci (2019)

Ciąg dalszy opowieści o życiu brytyjskiej rodziny królewskiej, tym razem obejmujący okres od 1964 r. do 1977 r., tj. począwszy od wyboru Harolda Wilsona na premiera, a kończąc na obchodach 25-lecia panowania królowej Elżbiety II.

Zestawienie “The Crown” z recenzowanym ostatnio “Wiedźminem”, to dobry przykład ile znaczy porządne pisarstwo. Jeżeli w przypadku tego ostatniego świetny materiał źródłowy obrobiono na tyle nieudolnie, że zamieniono go w kompletny paździerz z dialogami jak z teen dramy, to w przypadku “The Crown” – dla odmiany – ze średnio atrakcyjnych przecież perypetii Windsorów, wykreowano pierwszorzędne widowisko dramatyczne, które chłonie się z najwyższą przyjemnością. Bez cienia przesady – trzeba najwyższego talentu, by proste historie z życie monarchii zmienić w taki diament.

Nie chcąc się tu zbyt długo rozpływać w zachwytach, zacytuję “anona” z Filmwebu: “To korona seriali”. Praktycznie wszystko jest tu znakomite, a momentami wręcz wybitne – od świetnego scenariusza, przez grę aktorów, po rewelacyjne zdjęcia (każdy kadr mógłby tu być odrębną fotografią). I choć twórcy nieraz ostro naginają fakty dla potrzeb dramaturgii, czynią to tak zręcznie i umiejętnie, że nie sposób do czegokolwiek się przyczepić.

Miło mi też stwierdzić, że nowa obsada (m.in. Olivia Colman w roli Elżbiety II, Tobias Menzies w roli Księcia Filipa oraz Josh O’Connor jako Książę Karol) godnie zastąpiła poprzedników i świetnie weszła w role. Wyrazy uznania kieruję zwłaszcza w stronę Colman, bo ciągle łapałem się na wychwytywaniu podobieństw w jej grze (głos, sposób formułowania zdań, zachowanie) do gry znakomitej Claire Foy. A oznacza to mniej więcej tyle, że obie panie musiały równie dobrze odrobić lekcje z obserwacji postaci, w którą się wcieliły.

Zwiastun: https://youtu.be/OzEeSncKs0M

Polecam, bo to najwyższa telewizyjna półka. Nie da się już lepiej.
Ocena: 9/10 (za ten konkretny, jak i za wszystkie trzy sezony).


“The Spy” (2019)

“The Spy” (2019)

Oparta na faktach historia Eliego Cohena, jednego z najwybitniejszych izraelskich szpiegów, który w latach 60. XX wieku zinfiltrował syryjskie środowiska polityczne.

Tym razem naprawdę krótko, bo jest na tyle dobrze, że nie ma co się rozpisywać. Czego by nie mówić o produkcjach filmowych sygnowanych czerwonym logiem streamingowego giganta – Netflix naprawdę “umie w seriale”, a Gideon Raff (odpowiedzialny m.in. za bardzo dobry “Homeland” (2011-2020)) naprawdę “umie w scenariusz” (w czym zapewne pomaga mu fakt, że jego ojczyzna – Izrael – naprawdę “umie w szpiegostwo i politykę”).

I owszem, trochę jest tak, że ta całkiem prawdziwa historia, której przebieg można bez trudu poznać na Wikipedii (nie róbcie tego!) – sama w sobie, aż się prosiła o zekranizowanie, lecz przecież wszyscy wiemy, że da się spieprzyć nawet absolutny samograj.

“The Spy” natomiast ma wszystko co trzeba, żeby na kilka godzin przykuć do telewizora. Na tle bardzo przyzwoitych elementów szczególnie wyróżnia się natomiast Sacha Baron Cohen, w tytułowej roli, który bezproblemowo zrywa z dotychczasowym, komediowym wizerunkiem.

Zwiastun: https://youtu.be/thFQs6AA-9Y

Mocna i wciągająca rzecz.
Polecam, bo to jeden z tych seriali, które chce się obejrzeć w jeden wieczór.
Ocena: 8/10


“Historia małżeńska” (2019)

“Historia małżeńska” (2019)

On – Charlie (Adam Driver) jest odnoszącym sukcesy reżyserem teatralnym, Ona – Nicole (Scarlett Johansson) aktorką i jego muzą. Po dziesięciu latach, ich małżeństwo zaczyna się rozpadać z powodu odmiennych wizji przyszłości.

Gdyby Woody Allen był jeszcze młody (czyli koło 60tki) i ciągle jeszcze mu się chciało, mógłby nakręcić taki film. Niby dramat, ale nieprzesadnie poważny. Niby komedię, ale nie do końca śmieszną.

Baumbachowi i jego “Historii małżeńskiej” sporo jednak brakuje do poziomu dzieł słynnego Nowojorczyka. Problemy bohaterów, jakkolwiek rzetelnie nakreślone, wydają się nazbyt wydumane, ich zachowania i reakcje – sztuczne, a aktorstwo – może poza Laurą Dern w roli bojowej Pani Mecenas – nieco zbyt teatralne (co nigdy nie jest komplementem). W rezultacie widz przez cały seans zastanawia się – “o co im właściwie chodzi” i dlaczego bohaterowie akurat teraz nie umieją dojść do porozumienia, choć przez dziesięć poprzednich lat potrafili.

Choć jednak dialogi nie porywają, dramaturgia nie wyciska z oczu łez, a elementy humorystyczne rzadko śmieszą – “Historia małżeńska” nie nudzi. Obserwowanie postępującego rozkładu małżeństwa Charliego i Nicole niezmiennie wciąga do samego końca, choć już w połowie filmu, da się podskórnie wyczuć jaki to będzie koniec.

Może to kwestia tematyki (rozwód stosunkowo rzadko gości w kinie), a może umiejętności Baumbacha do takiego “połączenia kropek”, żeby widz czuł się zaangażowany.

Zwiastun: https://youtu.be/If9ziaw8U-s

W rezultacie mimo wszystko polecam, zwłaszcza gdy zawodowo nie rozwodzisz ludzi.
Ocena: 6/10


“Jack Ryan” – sezon drugi (2019)

“Jack Ryan” – sezon drugi (2019)

Tym razem, najsłynniejszy analityk świata – Jack Ryan (John Krasinski) – zupełnym przypadkiem wplątuje się w polityczną awanturę w Wenezueli. W rezultacie znowu zmuszony jest rzucić na szalę swoje życie, by pokrzyżować plany ludziom o nieprzyzwoitych intencjach.

Pierwszy sezon “Jacka Ryana” był przyjemną niespodzianką. Amazon umiejętnie zmiksował porządnego “akcyjniaka” w stylu Bourne’a z odwołującą się do współczesnych problemów intrygą w stylu “Homeland” (w wersji “soft”). Serial był więc bardzo efektowny i trzymał w napięciu, a jednocześnie w niegłupi sposób prezentował rozmaite aspekty tak walki z terroryzmem, jak i “walki terroryzmem”. W efekcie – całość, doprawiona jeszcze odrobiną niewymuszonego poczucia humoru, wciągała od pierwszego odcinka.

Niestety za drugim razem już się nie udało.

“Jack Ryan” vol. II to mocno przeciętny serial sensacyjny; nadal efektowny (pościgi, strzelaniny, etc.), ale jednocześnie wyjątkowo głupi i naiwny. Osadzenie akcji w Ameryce Południowej znowu dawało szansę pokazania w niebanalny sposób racji “drugiej strony”, jednak Amazon wolał zafundować nam skrajnie banalną opowiastkę o złym do szpiku kości dyktatorze i rywalizującej z nim idealistce. Na dodatek równie wiarygodną, co listy poparcia do nowej KRS.

Prezydent Reyes to taki Maduro w wersji dla (bardzo) ubogich, tylko że… prawicowy. Też wyciera sobie gębę politycznym frazesem, też gnębi opozycję (tyle, że liberalną), też fałszuje wybory i “znika” przeciwników politycznych w tajemniczych okolicznościach, lecz już bez Marksa i Lenina na klapie. Co zabawne, choć w kontekście zakończenia trudno stwierdzić, że jest w 100% antyamerykański[1], gdyby w istocie był, to miałby uzasadnione powody. To co bowiem wyprawiają w serialu Jankesi przekracza wszelkie granice wiarygodności, wkraczając w rejony politycznego surrealizmu, który można by już opisywać przymiotnikiem: “narkotyczne (wizje)” albo zdaniem “wczesny Jacek Bartosiak. Taki na oko, pięcioletni.”[2]

Być może dałoby się to jeszcze uratować, jednak nawet przy tych wszystkich absurdach scenariusz jest równie przewidywalny co boiskowa taktyka Górnika Wieliczki. A nie tego bym się spodziewał po produkcie sygnowanym nazwiskiem Toma Clancy’ego.

Zwiastun: https://youtu.be/Un2zXkM-03U

W efekcie – tragedii może nie ma, lecz trudno to z czystym sercem polecić, więc nie polecam. Chciałem nawet dać oczko niżej, ale jedna rzecz w zakończeniu mnie naprawdę rozbawiła, więc ostatecznie:
Ocena: 5/10

SPOILER ALERT

[1] otóż oglądając “JR” przez cały czas miałem wrażenie, że gdyby Prezydent Wenezueli był takim prawicowym gogusiem, jak serialowy Reyes, to Jankesi by się z nim po prostu dogadali co do eksploatacji złóż, na warunkach korzystnych dla obu stron – głęboko gdzieś mając interesy Wenezuelczyków, a także “wolne wybory”, “prawa człowieka” i inne wynalazki Zachodu. Jakiejże zatem nabrałem wesołości, gdy w końcówce okazało się, że w sumie to faktycznie się dogadali… Na szczęście Jack prowadzi swoją własną politykę zagraniczną.

[2] dość powiedzieć, że w pewnym momencie protagoniści szturmują z helikoptera… Pałac Prezydencki w Caracas.


“Midway” (2020)

“Midway” (2020)

Grudzień 1941 roku. Cesarstwo Japonii atakuje amerykańską bazę morską w Pearl Harbour na Hawajach. Rozpoczyna się II Wojna Światowa na Pacyfiku. Pół roku później, Amerykanie – chcąc uzyskać przewagę strategiczną, rzucają Japończykom wyzwanie w pobliżu wyspy Midway.

Ostrzyłem sobie zęby na “Midway”, bo połączenie nazwiska Emmericha (m.in. “Dzień Niepodległości”, “Patriota” czy “Pojutrze”) i tematu wojny na Pacyfiku wydawało się być gwarantem – jeśli nie dobrej zabawy, to przynajmniej efektownego widowiska.

I nie zawiodłem się, bo rzecz to “typowy Emmerich”, czyli do bólu sztampowe i patetyczne, lecz sprawnie zmontowane i nasycone niezłymi efektami specjalnymi (zauważcie, że nawet na plakacie eksplozje są na pierwszym planie) amerykańskie kino wojenne. Nie ma tu wielkich ról, nie ma błyskotliwych dialogów, ani zapadających w pamięci scen, ale są Japończycy którzy wyglądają jak Japończycy oraz amerykańscy chłopcy w kurtkach lotniczych, zmagający się z sobą za pomocą lotniskowców, niszczycieli, pancerników, oraz myśliwców Zero i Wildcat.

Poszczególne bitwy zrealizowano rzetelnie (choć atak na Pearl Harbour pokazany w melodramacie o tym samym tytule, zrobił na mnie chyba nieco większe wrażenie) i z zadziwiającą jak na Jankesów wiernością dla faktów. Wszystko wybucha tu o czasie, gdy miało wybuchnąć i tonie w tym miejscu, w którym miało zatonąć. Narracja jest poprowadzona bardzo sprawnie i umiejętnie ukazuje niuanse starcia nawet bardzo niekumatemu widzowi. A to, że w tym wszystkim jest tyle sztampy i archetypicznych postaci (wiecie – pilot-kowboj, dowódca-ojciec, etc.) zupełnie nie przeszkadza.

Nikt nie sprzedawał w końcu “Midway” jako dramatu psychologicznego.

Zwiastun: https://youtu.be/dhPQmXHLBsM

Nie sądzę, by do filmu Emmericha wracano po latach tak jak do kultowej “Bitwy o Midway” z 1976 r., ale mimo wszystko go polecam, bo to dobre wojenne kino.

Chyba, że jesteś fanem Zanussiego – wtedy spokojnie możesz go sobie odpuścić.
Ocena: 7/10

SPOILER ALERT
Amerykanie wygrywają.


“Le Mans ’66” (2019)

“Le Mans ’66” (2019)

Na zlecenie Henry’ego Forda II amerykański projektant samochodów sportowych – Carroll Shelby, wraz z kierowcą Kenem Milesem rzucają rękawicę ekipie Ferrari, próbując skonstruować samochód, który będzie w stanie zwyciężyć w 24-godzinnym wyścigu Le Mans.

Gdyby mi pięć lat temu ktoś powiedział, że będę przeglądał “Auto Świat” częściej, niż strony o grach komputerowych, a na filmy o wyścigach samochodowych rzucał się jak doberman na listonosza, to bym… odpowiedział mu trzeźwo: “no tak, kurwa, może być”.

Jednakże oddając rzeczom sprawiedliwość – na “Le Mans ’66” bym tak nie czekał, gdyby nie rewelacyjny “Wyścig” Rona Howarda z 2013 r., podejmujący temat rywalizacji Hunta z Laudą na torach F1. Zestawiając oba filmy – można zaryzykować twierdzenie, że na papierze – omawiany dziś tytuł wygląda nieco lepiej, niż ww. produkcja z początków dekady. Dostał wszakże przeszło dwukrotnie większy budżet, a i karty z napisem Bale, czy Damon, raczej “wygrywają” z Hemsworthem czy Brühlem.

Po zaliczeniu seansu z “Le Mans ’66” nie mam jednak wątpliwości, że za “Wyścigiem” stała lepsza historia i ciekawsi bohaterowie, niż za opowieścią o najemnikach Forda, rywalizujących z włoskimi kolegami. Może to i trochę niesprawiedliwe, bo pojedynek Hunta z Laudą to trochę samograj, który trudno zepsuć, a przy ekranizowaniu poczynań Shelby’ego i Milesa trzeba było nagiąć całą masę faktów i dodać garść nowych, żeby to trzymało jako taką dramaturgię, ale prawdziwe wyścigi, też przecież nie są sprawiedliwe.

Nie znaczy to oczywiście, że “Le Mans ’66” to film zły lub nawet przeciętny. Z tematu – tak jak wspominałem – wyciśnięto absolutnie wszystko, fundując widzom – nie tylko rozmiłowanym w motoryzacji – porządne widowisko. Nie jest to jednak z pewnością film, który będzie mi siedział w głowie przez następne pięć lat.
A “Wyścig” wciąż siedzi.

Zwiastun: https://youtu.be/AB2s0EG4Nl8

Mimo to polecam, nie tylko wtedy, gdy brakuje ci wyścigowego kina.
Ocena: 7/10


“Spisek przeciwko Ameryce” (2020)

“Spisek przeciwko Ameryce” (2020)

Alternatywa historia Stanów Zjednoczonych w czasie II Wojny Światowej, starająca się odpowiedzieć na pytanie, jak wyglądałoby USA, gdyby w 1940 r. Amerykanie wybrali na prezydenta Lindbergha (upraszczając: wspierającego izolacjonizm populistę) zamiast Roosevelta, opowiedziana z perspektywy żydowskiej rodziny z Newark w New Jersey.

Historia alternatywna to niezły sposób, by twórczo grzebiąc w przeszłości powiedzieć coś o współczesnej rzeczywistości. Tak zapewne pomyślał Philip Roth, a potem producenci z HBO, którzy wzięli na warsztat tytułową powieść jego autorstwa, poświęconą grzechom populizmu, antysemityzmu i ksenofobii.

W rezultacie powstało wysokobudżetowe, doskonale zrealizowane i świetnie zagrane, sześcioodcinkowe widowisko, które większości odbiorców wyda się… straszliwie nudne. Do trzeciego, a nawet do czwartego odcinka serialu, akcja rozkręca się tu bowiem bardzo wolno, skupiając się raczej na wiarygodnym zobrazowaniu realiów życia typowej żydowskiej rodziny z amerykańskiej klasy średniej, niż na jakimkolwiek (oszczędnym nawet) dawkowaniu napięcia.

Sam o to akurat pretensji nie mam, bo raz, że to efekt dość wiernej adaptacji powieści; dwa – ma to swoje, przekonujące uzasadnienie. W ten sposób wszakże, rzecz znakomicie pokazuje, jak – drobnymi, niemalże niedostrzegalnymi krokami, a nie rewolucyjnymi wybuchami – niby odległa polityka rujnuje kruchą równowagę społeczną, prowadząc do kryzysu na krajową skalę. W życiu Levinów – przez dłuższy czas, praktycznie nic się przecież nie zmienia. Nikt nie pakuje ich do ciężarówek i nie wysyła do obozu koncentracyjnego, a mimo to – wraz ze zwycięstwem popularnego “Lindy’ego” – ich życie staje się coraz bardziej nieznośne, jakby sam triumf określonej opcji politycznej, nieprzejawiający się jeszcze w konkretnych zmianach w prawie, dawał przyzwolenie do czynów, na które nikt wcześniej się nie porywał. Trudno też zresztą – zarzucać takiej konstrukcji scenariusza braku realizmu i konsekwencji.

Czepiać można się natomiast tego, że choć w zakresie realizacji serial jest technicznym majstersztykiem – finalnie pozostawia wrażenie pewnego niedosytu.

Klasyczne – “I to tylko tyle?” – pojawia się w głowie od razu, gdy w kadr po raz ostatni wjeżdżają napisy końcowe. Wtedy, irytując się, że “Spisek…” nie daje praktycznie żadnych odpowiedzi, uświadamiamy sobie, że przez te sześć godzin nie postawił też praktycznie żadnego pytania, w tym tego najistotniejszego – “skąd zło?”.

Zwiastun: https://youtu.be/fvlY9dEgL6M

Polecam jednakże, bo mimo wszystko (i niestety) pozostaje boleśnie aktualny.
Ocena: 7/10


“Tyler Rake: Ocalenie” (2020)

“Tyler Rake: Ocalenie” (2020)

Tyler Rake (Chris Hemsworth) jest specjalistą od robienia ludziom krzywdy, który nie ma w życiu już nic do stracenia. W ramach wykręcania ‘high-score’a’ zabójstw i jednocześnie swoistej próby samobójczej, podejmuje się zatem niebezpiecznego zadania odbicia syna jednego z hinduskich baronów narkotykowych z rąk konkurenta za wschodniej granicy.

Jeżeli powyższe wprowadzenie wydaje się Wam jedynie pretekstem do festiwalu śmierci oraz zniszczenia, i – co najlepsze – wcale Wam to nie przeszkadza – to możecie czytać dalej. Nowy hicior Netflixa wygląda bowiem jak próba efektownego wciśnięcia się w buty po Johnie Wicku, który trwale wypadł z nich już w kontynuacji z 2017 r.

Tyler, podobnie jak John, bardzo cierpi po stracie ukochanej osoby, dlatego za pomocą rąk, nóg i broni palnej, promieniuje cierpieniem na ludzi, którzy próbują (bezskutecznie) stanąć mu na drodze. W odróżnieniu jednak od Wicka, motywem nie jest tu zemsta, a profesjonalne podejście do wykonywanego zawodu.

Niezależnie od powyższego owocuje to bardzo ładnie sfilmowanym, efektownym i brutalnym rozpierdolem w “uroczej” scenerii bangladeszańskiej Dhaki (jeśli myśleliście, że Zabrze brzydkie miasto, to zapraszam do zapoznania się). Od tej strony – film jest zrealizowany fantastycznie, w mojej ocenie nawet lepiej od Wicka, bo mniej teatralnie (co oczywiście nie znaczy, że mniej absurdalnie – ale mi to akurat nie przeszkadza).

Niestety cała reszta to już tylko dodatek. Fabułę już odhaczyliśmy i jak widać – jest pretekstowa, a na dodatek przewidywalna jak Trybunał Konstytucyjny pod rządami PiSu. Aktorstwo zaś trudno nawet oceniać, bo nikt sobie tu nie zaprzątał głowy stworzeniem jakiejś przestrzeni, na której którykolwiek z osobników na liście płac mógłby się rozwinąć z talentem (niemniej jednak jest poprawne, jak na anglosaskie kino przystało).

To w gruncie rzeczy tylko (lub “aż”) “długi film o zabijaniu”; wypełniona przemocą “guma do żucia dla oczu”.

Ale przecież takich filmów też nam potrzeba, w tym ponurym świecie, w którym każdy próbuje ci się wpierdolić do ogródka ze swoją nadwrażliwością i własnym dramatem.

Zwiastun: https://youtu.be/FecAsoIF9nc

Dlatego mimo wszystko polecam, zwłaszcza jeśli jesteś spragniony tzw. “męskiego kina”.
Ocena: 6/10


“Kalifat” (2020)

“Kalifat” (2020)

Planowany atak terrorystyczny na Szwecję łączy losy trzech młodych muzułmanek: agentki SÄPO – Fatimy, która chce mu zapobiec; licealistki Sulle – która z wolna zatraca się w radykalnym Islamie oraz mieszkającej na terenach kontrolowanych przez DAESZ – Pervin, która po krótkiej przygodzie z fundamentalizmem próbuje wrócić na Zachód.

Nie wiem czy opis powyżej stanowi wystarczającą zachętę do zainteresowania się najnowszą produkcją szwedzkiej telewizji publicznej, zatem sięgnę po kilka dodatkowych argumentów.

Po pierwsze – “Kalifat” całkiem wiarygodnie pokazuje sposób korumpowania przez Państwo Islamskie młodych muzułmanów i wciągania ich w bagno fundamentalizmu. Bezsilność systemu, propaganda, sposób zachęcania ludzi do ucieczki z kraju i przekroczenia granicy pomiędzy “światami” – zostały tu pokazane w sposób niebudzący wątpliwości, że autorzy scenariusza rzetelnie zbadali temat. Jest to momentami tak napisane i zagrane, że jakby ktoś to filmował z “ręki” i wmawiał mi, że to dokument, to bym mu chyba uwierzył.

Po drugie – serial nie pieprzy się z bohaterami i nie wybacza im błędów, przez co trzyma w napięciu do samego końca. Człowiek podskórnie czuje, że całość na pewno będzie miała gorzką wymowę (ale w ten “realistyczny”, a nie “edukacyjny” sposób), więc jednocześnie przygotowuje się na wszystko.

Żeby nie przesadzić – idealnie nie jest, bo są też takie momenty, gdy “Kalifatowi” zdarza się otrzeć o niedorzeczność, w sposób wybudzający widza z tego przyjemnego, hipnotycznego odrętwienia płynącego z obserwowania dramatu innych ludzi, jednakże szczęśliwie – w granicach telewizyjnego standardu.

Zwiastun: https://youtu.be/d11U7VTDFn0

Polecam, bo to pierwszy serial 2020 r., przy którym nawet na moment nie zasnąłem.
Ocena: 8/10


“Boże Ciało” (2019)

“Boże Ciało” (2019)

Przebywający w poprawczaku Daniel (Bartosz Bielenia) pod wpływem charyzmatycznego ks. Tomasza (Łukasz Simlat) przechodzi przemianę duchową. Gdy zostaje warunkowo zwolniony, zamiast stawić się do pracy w stolarni, zaczyna udawać księdza.

Na pewno znacie ten tekst: “dobry – jak na polskie warunki”. To boleśnie kastrujące polskich filmowców zdanie, które można przyrównać tylko do powiedzenia o mężczyźnie – “mocny chłop, jak na typa z krótkim siurem” przez całe tysiąclecia, jakie upłynęły od założenia Starożytnej Lechii, wypełniało dyskurs o kulturze. (Gdzieś tam w cieniu Wielkiej Dżungli Kampinoskiej, starożytny król Kodan, na pewno mówił do ziomków – “ta ballada o laseraptorach jest całkiem niezła…, jak na lechickie warunki”.)

Z “Bożym Ciałem” Komasy jest tymczasem zupełnie inaczej. To bardzo dobry film, bez względu na warunki i szerokość geograficzną pod którą powstał. To rzecz z ciekawą, dobrze napisaną historią, świetnie zagrana i niedająca się łatwo wyrzucić z głowy. To obraz bez puenty, bez wyjaśnień, nie dający żadnych sensownych, ani tym bardziej satysfakcjonujących odpowiedzi.

Nawet gdy gdzieś tam osuwa się w banał, w przewidywalność lub stereotyp, stwierdzasz – że to banał, przewidywalność lub stereotyp prawie tego samego kalibru co poza kinowym ekranem.

Długo zwlekałem z obejrzeniem, więc ominąwszy cały ten medialny szum i hype, jaki towarzyszy zazwyczaj krajowym filmom, które wybijają się ponad przeciętność – mogę zupełnie trzeźwo i bez emocji stwierdzić, że od czasu “Bogów” Palkowskiego, żaden polski film nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia.

Zwiastun: https://youtu.be/Y22lmaNA_Aw

Bardzo dobre kino. Nie można nie polecić.
Ocena: 8/10


“Jojo Rabbit” (2019)

“Jojo Rabbit” (2019)

II Wojna Światowa. Dziesięcioletni Johannes “Jojo” Betzler (Roman Griffin Davis) dołącza do Hitlerjugend. Poddany propagandowemu praniu mózgu, mając za wyimaginowanego przyjaciela samego Adolfa Hitlera (!), przeżywa szok, gdy pewnego dnia odkrywa, że na strychu jego domu ukrywa się mała żydowska dziewczynka.

Z filmami Taiki Waititiego jest tak, że albo akceptujesz jego poczucie humoru i dobrze się bawisz, albo nie masz poczucia humoru i jesteś nań uczulony. Nie ma stanów pośrednich. “Jojo Rabbit” jest tego znakomitym przykładem. To rzecz, która nie pozostawia obojętnym. Albo się uśmiechniesz (i to nie raz), a koniec końców nawet wzruszysz, albo się zirytujesz i wyłączysz po 15 minutach. Mi akurat film podszedł na tyle, że przy ograniczonych zasobach czasu (wiadomo – kościół, szkoła, strzelnica) zdążyłem go zaliczyć już dwa razy.

Nagrodzone Oscarem (za scenariusz) dzieło Nowozelandczyka to – jak można się spodziewać – coś więcej niźli tylko nasycona absurdalnym i pozbawionym zahamowań humorem komedia. To – “coś więcej” – nie paraliżuje jednak srogim ładunkiem emocjonalnym, mogącym zepsuć niedzielne popołudnie. Owszem, “Jojo Rabbit” potrafi ścisnąć za gardło (w sensie film, bo Johannes nie potrafiłby skrzywdzić nawet muchy), ale nie ma tu nachalnego epatowania dramatem. Nie ma też moralnieckiego edukowania jak trzeba żyć (jak ktoś nie wie jak, to i tak nie ma już dla niego żadnej nadziei).

I choć całość jest przewidywalna i z góry wiadomo do czego zmierza i jak się skończy, obcowanie z nią dostarcza unikalnych wrażeń. Bo pomimo pewnych oczywistości, to na pewno nie jest film, o którym można by powiedzieć, że widziało się coś podobnego.

PS. Obok duetu Davis-McKenzie, na specjalne uznanie zasługuje rola Rockwella, którego Klenzendorf (fantastycznie napisana postać) “robi” 50% filmu.
PS2. Utożsamiałem się z Yorkim.

Zwiastun: https://youtu.be/bgMb4iikhSs

Tak właśnie trzeba robić kino. Bardzo polecam.
Ocena: 8/10


“Dżentelmeni” (2019)

“Dżentelmeni” (2019)

Mickey Pearson (Matthew McConaughey) jest właścicielem narkotykowego imperium, który postanawia sprzedać biznes i przejść na zasłużoną (bądź nie) emeryturę. Dopięcie transakcji z zainteresowanym kupcem okazuje się jednak znacznie trudniejsze, niż można by się spodziewać.

Guy Ritchie to gość, który po efektownym wystrzale z dwururki u zarania kariery (“Porachunki” i “Przekręt”), nieustannie robi takie same filmy i czasami mu wychodzi (np. oba “Sherlock’i Holmes’y”), a czasami nie (np. “Król Artur”). “Dżentlemenów” – szczęśliwie dla widzów i inwestorów – należy jednak uznać za całkiem udany autoplagiat.

Nowy film Ritchiego ponownie zatem opowiada o brytyjskich (londyńskich) gangsterach, w identycznej jak poprzednio konwencji fabularnej przeplatanki, której pełny sens zrozumiały jest dopiero z perspektywy zakończenia. Są zatem szybkie i efektowne dialogi, jest przemoc, jest humor, są mrugnięcia okiem do widza i nawiązania do klasyki, jest wideoklipowy montaż, a całości przygrywa niezła muzyka. W spektaklu biorą udział znani i lubiani – wspomniany McConaughey, Hunnam, Farell, czy Strong (ale nie Mark, tylko Jeremy). Swoją rolę dostaje tu też znany i raczej nielubiany – Hugh Grant, dla którego “Dżentelmeni” mogą być tym samym, czym “Pulp Fiction” dla Travolty, bo gra tu na pięć gwiazdek.

I przyznam, że zasadniczo poza tym, że to znowu film o tym samym, zbudowany w identyczny sposób, jak poprzednie – naprawdę nie ma się do czego przypierdolić. Technicznie jest znakomicie, fabularnie – może nie bardzo dobrze, lecz z pewnością przyzwoicie. Można zatem wyłącznie marudzić, że to nie drugi “Snatch” (ww. “Przekręt”), ale to ten sam poziom czepialstwa, co narzekanie, że pierwszego wrażenia nie da się zrobić po raz drugi, albo że ten sam dowcip opowiedziany dziewiąty raz, nie śmieszy tak, jak za pierwszym razem (zaraz, zaraz…).

Zwiastun: https://youtu.be/tzirSbcNLTg

Polecam zatem, bo “Dżentlemeni” to solidna porcja niezłej rozrywki.
Czasami nie trzeba nic więcej.
Ocena: 7/10


“Sommeren ’92 – Dania Mistrzem!” (2015)

“Sommeren ’92 – Dania Mistrzem!” (2015)

Rok 1992. Reprezentacja Danii w piłkę nożną, prowadzona przez Richarda Møllera Nielsenna, naznaczona spektakularnymi klęskami, po serii pomniejszych cudów osiąga historyczny sukces na EURO 92.

To jeden z tych filmów, do których można się bez końca przypierdzielać, bo widać tu budżetowość, słabe aktorstwo i braki w scenariuszu, a mimo to rzecz broni się prawdziwą, piękną i niesamowitą historią, na której została oparta. Żeby Wam uświadomić co tu “się stało się”, zaznaczę, że Dania była trochę jak współczesna reprezentacja Polski, z piękną przeszłością, ale na ten czas zbierająca w dupę od każdego kto się nawinął. Z gwiazdami w stylu braci Laudrup czy Petera Schmeichela (których kojarzy przecież każdy, kto kopał piłkę w latach 90tych), ale bez zespołu – jak to w pewnym momencie ładnie ujęto w filmie. Tę reprezentację objął – Richard Møller Nielsen, były asystent legendarnego szkoleniowca (ale tylko w Danii) – Seppa Pionteka. Facet był nielubiany przez piłkarzy i dziennikarzy, a związek piłkarski który go zatrudnił, od początku do końca rzucał mu kłody pod nogi. Na finały EURO 92 Dania pojechała, choć nie przeszła kwalifikacji (była druga), wchodząc na miejsce Jugosławii wykluczonej z powodu wybuchu wojny domowej. Zarówno piłkarze, jak i kibice nie liczyli na nic (“przegramy trzy mecze i wracamy”); w składzie reprezentacji zabrakło największej gwiazdy – Michaela Laudrupa (takiego duńskiego Lewandowskiego), który pokłócił się z selekcjonerem, a mimo to – wbrew wszelkim przewidywaniom i zdrowemu rozsądkowi – Duńczycy zawojowali piłkarską Europę.

“Hello! To przecież piłka nożna, najlepszy sport na świecie!” – ktoś mógłby zakrzyknąć i pewnie będzie mieć rację, ale przecież nie ma też absolutnie żadnych wątpliwości, że tzw. “kino piłkarskie” to w 95% straszliwe paździerze. A “Sommeren ’92”, jak ta Dania z 92 roku – wbrew wszelkim przewidywaniom i zdrowemu rozsądkowi – daje radę.

PS. W ramach ciekawostki dodam, że w Richarda Møllera Nielsena wciela się (bardzo udanie) Ulrich Thomsen, znany jako Adam z “Jabłek Adama”.

Zwiastun: https://youtu.be/5eUrm99LvPM

Dlatego polecam.
Na wieczór przy czipsach i piwie rzecz jest w sam raz.
Ocena: 6/10


“Moscow Noir” (2018)

“Moscow Noir” (2018)

Lata 90te ubiegłego stulecia. Tom Blixen (Adam Pålsson) – pochodzący ze Szwecji bankier inwestycyjny, na co dzień pracujący w Moskwie – na prośbę żony przyjaciela zaczyna grzebać w papierach jednej z rosyjskich spółek, ściągając na siebie i bliskie sobie osoby śmiertelne niebezpieczeństwo.

Szwedzko-litewska koprodukcja kryminalna reklamuje się (“rzekomym”, bo nie sprawdzałem) talentem pisarskim Camilli Grebe oraz doświadczeniami Paula Leander-Engströma, który dziesięciolecia spędził na obsłudze inwestycji w Rosji. Wyżej wskazani położyli podwaliny pod scenariusz produkcji powieścią “Maestro z Sankt Petersburga” (org. – “Dirigenten från Sankt Petersburg”) z 2013 r.

Początek faktycznie jest bardzo obiecujący, bo Moskwa końca lat 90-tych to wymarzona sceneria dla intrygi w klasycznym stylu, zaczynającej się od pojedynczego trupa, a kończącej gdzieś na szczytach władzy. Pierwsze odcinki chwytają zatem widza pewnym, mocnym ściskiem za przysłowiowe “jaja”, obiecując że zaraz zaczną wkręcać je w imadło (przyznaję, że ta metafora zupełnie wyrwała mi się spod kontroli). Mniej więcej w połowie serialu, rzecz traci jednak impet i na wiarygodności, a w otępionym wschodnioeuropejską rzeczywistością mózgu zaczynają skraplać się wątpliwości. Najistotniejsza z nich wali prosto z mostu – “kurwa, przecież to wszystko nie ma najmniejszego sensu” (a już szczególnie cele antagonistów i obrany przez nich sposób działania). Fabuła, niczym w typowej powieści Remigiusza Mroza rozwija się bowiem wyłącznie dzięki temu, że bohaterowie omawianego kryminału zachowują się jak typowi bohaterowie kryminału, a nie jak prawdziwi ludzie. To oczywiście może komuś nie przeszkadzać, przecież kino to tylko kino, ale mi z każdą minutą coraz bardziej odbierało smak “Moscow Noir”, aż do jeszcze bardziej rozczarowującego finału po którym mogłem tylko pokusić się o klasyczne: “i to tylko tyle?”.

W rezultacie “Moscow Noir” jest jak ten burger, który jest pięknie zapakowany, całkiem ładnie wygląda, a w smaku okazuje się odpowiednikiem kanapki z pasztetem. Innymi słowy: “dupy nie urywa” lub jeszcze inaczej: “coś takiego mogłoby wyjść na Netflixie”. Boleję nad tym, bo potencjał był naprawdę spory. Nie jest przy tym jednak tak, że leży tu tylko rdzeń, czyli rozpiska poszczególnych scen. Przeciętne jest tu bowiem także aktorstwo, który w skali od jeden do dziesięć (gdzie “jeden”, to ja udający przed matką chorobę, żeby nie iść do szkoły, a “dziesięć” to James Purefoy w “Rzymie”) zasługuje co najwyżej na “piątkę”, a “klimat” Moskwy jest zaznaczony na tyle słabo, że akcja mogłaby się toczyć i w Bukareszcie. Chyba bym nie zauważył różnicy.

Zwiastun: https://youtu.be/8tqN1DAUg5g

Stąd też raczej nie polecam.
Ocena: 5/10


“Moneyball” (2011)

“Moneyball” (2011)

Oparta na faktach historia managera drużyny baseballowej Oakland Athletics – Billy’ego Beane’a (Brad Pitt), który nie mogąc przeskoczyć ograniczeń finansowych klubu, postanawia zrezygnować z tradycyjnych metod wyszukiwania zawodników i wykorzystać analizy ekonomiczne.

Kilometrami tekstu zwykłem się tu wypisywać na temat tego jak dobrą lub złą robotę potrafi zrobić scenariusz, który odpowiada za dziewięć dziesiątych “jakości” filmu. I omawiany dziś “Moneyball” to klasyczny przykład dobrego scenariusza – ściśle wiernego faktom tam gdzie to niezbędne i wkraczającego w fabularną fikcję, tam gdzie to możliwe. Jasne, stojąca za nim prawdziwa historia też jest niczego sobie, ale powiedzmy sobie wprost, że po wschodniej stronie Atlantyku – baseball i związane z nim cuda wywołują raczej wzruszenie ramion, niż szybsze bicie serca.

Gdyby zatem nie fakt, że “Moneyball” to przede wszystkim film o ludziach, o trudach przełamywania schematów i o ryzykowaniu oraz ponoszeniu odpowiedzialności za to ryzyko, pewnie przepadłby poza USA bez śladu. Tymczasem stanowi atrakcyjne widowisko dramatyczne, które ogląda się bez znużenia, mimo że trwa bite dwie godziny i nie zawsze wszystkie jego aspekty są zrozumiałe. Na pewno jakaś w tym zasługa świetnych (jak zwykle) Pitta oraz Jonaha Hilla (w roli Petera Branda), ale przede wszystkim i wiarygodnego, i ciekawego rozpisania poszczególnych scen oraz dialogów. Dzięki temu tę niezwykłą i urokliwą, acz prostą historię ogląda się z prawdziwą przyjemnością.

Zwiastun: https://youtu.be/RAG74hfW4pM

Polecam, nawet jeśli nie znasz się na baseballu.
Ocena: 7/10


“Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa” (2019)

“Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa” (2019)

Wbrew podtytułowi – nieprawdziwa historia (tyle że osadzona w realiach, które mają ją uwiarygadniać) prostego chłopaka z Miasta Stołecznego Warszawa, który w młodości postanowił zostać gangsterem i przez dwie i pół godziny opisuje, jak na przełomie lat 80tych i 90tych, i później – podążał za tymi (osobliwymi) marzeniami.

“Jak zostałem gangsterem” to czysto rozrywkowe kino sensacyjne, które ponad poziom “dzieł” Patryka Vegi wspina się bez specjalnego trudu, ale do półki, na której stoją filmy Guya Ritchiego czy Martina Scorsese jeszcze nie sięga. Nie można przy tym czepiać się sposobu realizacji, bo ten jest wysoki i z pewnością może się podobać. Montaż jest całkiem przyzwoity, ścieżka dźwiękowa bardzo dobra, a kluczowi bohaterowie zagrani z zaangażowaniem i pasją. Elementy humorystyczne są może i mało wyrafinowane (to akurat nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu), jednak nieźle równoważą się z sugestywnymi, ale może i zbyt dużymi dawkami seksu i przemocy (jeszcze mniej wyrafinowanymi). Jeżeli już na coś kręcić nosem przy technikaliach, to małe “ale” można mieć do gry aktorskiej kobiet z “pierwszej linii”, która momentami jest wręcz groteskowa oraz do teledyskowego montażu, którego szczególnie w pierwszej połowie filmu jest nieco zbyt wiele.

Szkoda, że sama historia jest i wyświechtana, i pretensjonalna zarazem. Wyświechtana, bo powiedzmy sobie, że motyw “dobrego gangusa”, co to próbuje trzymać się szlachetnych, męskich zasad w świecie z samego założenia ich pozbawionych, dawno już przekroczył granice “mocno wyeksploatowanego” niebezpiecznie zbliżając się do tych wskazujących “temat zarypany na śmierć”. Pretensjonalny, bo tenże wyświechtany motyw obfituje w absolutnie żenujące i cringe’owe sceny i patenty, którym niestety nie pomaga to, że potraktowane zostały ze śmiertelną powagą.

Zwiastun: https://youtu.be/sA2HS-UCltk

Polecam, jeśli lubisz lekkie polskie kino sensacyjne.
Więcej w tym gatunku nasz przemysł filmowy raczej nie jest w stanie z siebie wykrzesać.
Ocena: 5/10


“Replikanci” (2018)

“Replikanci” (2018)

Will Foster (Keanu Reeves) jest naukowcem prowadzącym eksperymentalne badania nad możliwością przeniesienia ludzkiej świadomości do maszyny. Gdy jego rodzina ginie w wypadku samochodowym, postanawia wykorzystać swoją wiedzę, by przywrócić im życie.

Zazwyczaj piszę więcej niż powinienem, zatem tym razem krótko i wprost: “Boże, co za gówno!”

Jestem typem człowieka, który jak tylko chce, to jest w stanie uwierzyć niemal we wszystko, nawet w to że Kamil Durczok nie sfałszował podpisu żony na wekslu zabezpieczającym kredyt na dom. W to jednak, co wyprawia się w “Replikantach” za nic w świecie dać wiary nie potrafię.

Ten film to (niestety – nie jedyny w swoim rodzaju) – konglomerat marnej, niewiarygodnej i nietrzymającej w napięciu historii, słabej gry aktorskiej (zaiste, Keanu to takie drewno, że można by z niego zbudować skład na narzędzia) i niskobudżetowych, a momentami wręcz karykaturalnych efektów specjalnych. Nie chciałbym za dużo zdradzić (ale uwaga – zrobię to), jednak decydujące dla oceny poniżej wrażenie, zrobiły na mnie dwie rzeczy. Po pierwsze – scena, w której protagonista “rozpacza” po śmierci rodziny jedynie przez niespełna minutę (czasu rzeczywistego, nie filmowego!), bo już w trzydziestej sekundzie od zdania sobie sprawy, że nie żyją – wpada na pomysł – a to sobie ich sklonuję i przeniosę ich świadomość! Po drugie – to jaka jest skala absurdalności całej tej historii i jej rozwoju. Jeżeli, tak jak mi – wydaje Wam się, że skoro lubicie zarówno sci-fi, jak i non-sci-fi – to przełkniecie prawie wszystko, to możecie się, kurwa, zdziwić. Bo “komory do klonowania” z zasilaniem awaryjnym w postaci akumulatorów z samochodów, to wcale nie jest “najciekawszy” pomysł jaki się tu pojawia.

Zasadniczo zatem, rzecz jest adresowana do bardzo prostych umysłowości, np. ludzi, którzy są przekonani, że koronawirus to “globalny spisek” i “reset gospodarki”, a następnie odmawiają noszenia maseczki.

Zwiastun: https://youtu.be/5yIWxCnpPMk

Jeżeli natomiast masz mózg, to nie polecam.
Nawet jeśli kochasz Keanu.
Ocena: 3/10


“Quiz” (2020)

“Quiz” (2020)

Głośna historia skandalu w brytyjskiej edycji teleturnieju – “Who Wants to Be a Millionaire” (znanych u nas jako “Milionerzy”). Charles Ingram (Matthew Macfadyen) dość niespodziewanie wygrywa milion funtów, a już nazajutrz wraz z żoną – Dianą (Sian Clifford) zostaje oskarżony o oszustwo i grozi mu nie tylko odebranie nagrody, ale i więzienie.

Lubię takie seriale, po których rzucam się do Internetu, jak Ibsen do ubikacji w napadzie dzikiej sraczki. Tak było np. z “Narcos”, po którym wiedziałem o Escobarze więcej niż jego matka, jak i po “Czarnobylu”, który wprowadził mnie w tajniki sowieckiej kontroli jakości. Takoż jest w końcu i po “Quizie”, po którym pokusiłem się nawet o zaliczenie oryginalnej wersji feralnych (dla Ingrama) “Milionerów”, żeby zaskoczyć się, jak niewiele z faktów zmieniono w scenariuszu fabularnego serialu.

Rzecz została idealnie skrojona na trzy godzinne odcinki – 1) wprowadzenie (także do historii teleturnieju), 2) właściwy odcinek teleturnieju i 3) proces wszczęty tuż po nim. Ogląda się je z fascynacją, a trochę nawet z niedowierzaniem (podobnie jak ww. wymienione arcydzieła telewizyjnej rozrywki – choć wiadomo, tu nie ma tej skali), bo mechanizm rzekomego szwindlu jest nawet nie prosty, lecz wręcz prostacki. Twórcy nie podają jednak widzowi na tacy oceny zachowania Ingramów, wprawdzie wiernie fabularnie dokumentując wszelkie, niepodważalne wydarzenia, jednak bez wydawania finalnego osądu. Dzięki temu, każdy z widzów, może sobie sam stwierdzić, czy Ingramowie oszukiwali.

Zwiastun: https://youtu.be/F43urcocOXw

Rzetelna, telewizyjna robota.
Dlatego polecam, nawet jeżeli nie lubisz teleturniejów.
Ocena: 7/10


“Mroczne Wody” (2019)

“Mroczne Wody” (2019)

Oparta na faktach historia Roberta Bilotta (Mark Ruffalo), prawnika korporacyjnego, etatowo broniącego koncernów przemysłowych w sprawach dotyczących ich wpływu na środowisko, który pewnego dnia postanawia zmienić strony i stanąć czele walki z DuPont – amerykańskim gigantem zatruwającym lokalny ekosystem.

Rzecz powstała z inspiracji doskonałym artykułem w New York Times w 2016 r., o wiele mówiącym tytule: “Prawnik, który stał się najgorszym koszmarem DuPont”. U nas oczywiście przeszła zupełnie bez echa, w rok po premierze trafiając do serwisów streamingowych HBO, lecz w dalekiej Ameryce wywołała niemałe poruszenie, przyczyniając się do masowego wywalania przez amerykanów teflonowych patelni.

To nie jest klasyczny “legal thriller”, próbujący uczynić z czegoś tak nudnego i przewlekłego, jak proces cywilny – porywający spektakl pełen zwrotów akcji. Wręcz przeciwnie – “Mroczne Wody” pokazują, że to czasem lata, a nieraz i dekady żmudnego czekania na kolejną rozprawę i całonocnego przebijania się przez materiał dowodowy[1]. I pod tym względem ten film, to niemalże dokument – rzetelnie streszczający prawdziwą historię walki z DuPont, z ukazaniem jej pokręconej chronologii.

Jednocześnie nie można mu zarzucić, że idzie na łatwiznę jedynie odtwarzając fakty, bo prawniczą “bieżączkę” i wierną opowieść o nierównej batalii jednostki z wielką korporacją, rzecz udanie łączy z fabularnymi dodatkami, które niczego nie przeinaczają, a czynią film znacznie ciekawszym.

[1] Mając z tyłu głowy wspomnienie całonocnych sortowań z żoną kilkunastu tysięcy kart zapisanych nazwiskami i cyferkami, by wybrać te, które nadadzą się do podparcia postawionej tezy – doceniam takie prawnicze smaczki, jak te pokazane w filmie.

Zwiastun: https://youtu.be/RvAOuhyunhY

Zdecydowanie zatem polecam, przy czym należy brać pod uwagę, że z oczywistych względów, zawsze oceniam filmy prawnicze nieco wyżej, niż na to zasługują.
Ocena: 8/10.


“Sprawa Colliniego” (2019)

“Sprawa Colliniego” (2019)

Ekranizacja głośnej powieści Ferdinanda von Schiracha (tak, tak, z tych Schirachów…). Młody adwokat – Caspar Leinen (Elyas M’Barek) – podejmuje się obrony z urzędu oskarżonego o morderstwo – Fabrizio Colliniego (Franco Nero) – zanim jeszcze dowiaduje się kto jest jego ofiarą. A jest nią znany i szanowany w Niemczech przemysłowiec – Hans Meyer (Manfred Zapatka) – bez pomocy którego sam Leinen mógłby co najwyżej otworzyć budkę z kebabami. Wbrew wszystkiemu postanawia nie rezygnować z przyjętej roli i bronić sprawcy, choć ten konsekwentnie odmawia współpracy.

Jako, że potem nie będzie okazji, już na wstępie zaznaczę, że Schiracha wielce poważam za oba rewelacyjne zbiory krótkich form: “Wina” oraz “Przestępstwo”, lecz “Sprawa Colliniego” (jego pierwsza powieść) nie przypadła mi do gustu. Ponieważ jednak ją zaliczyłem, jak Hitler Polskę w ’39, naiwnie założyłem, że oto przy okazji filmu na własne życzenie pozbawiony zostałem suspensu.

A tu “zdziwko”.

Bo zamiast tego jednego wielkiego zwrotu akcji, z obowiązkową wycieczką w przeszłość (jest dość przewidywalny, nie nastawiajcie się na cuda), dostałem kilka malutkich “suspensików” w postaci rozmaitych absurdów procesowych, które każdego prawnika, będą gryzły w dupę, jak niewygodne, pełne pcheł spodnie (nie będę się na ten temat rozwodził, zauważycie je nawet wówczas, gdy nigdy nie byliście na rozprawie).

Co jednak dziwne i cokolwiek zaskakujące – to wcale nie sprawia, że przy “Sprawie Colliniego” – dumnym dziecku niemieckiej kinematografii – nie można się dobrze bawić. Bo to rzecz nakręcona całkiem sprawnie i choć przewidywalna, to z… hmmm… przysłowiową niemiecką klasą. Owszem, taki film mógłby zadebiutować na Netflixie (to nie jest zarzut, tylko “targetowanie”), ale zgodnie uznalibyście, że to “Netflix z wyższej półki”, a nie “typowy, netflixowski przeciętniak”.

Zwiastun: https://youtu.be/5BcEi4TovzQ

W rezultacie polecam, przy czym tak jak przy okazji poprzedniego KPF-S należy brać pod uwagę, że zawsze oceniam filmy prawnicze nieco wyżej, niż na to zasługują.
Ocena: 7/10.


“Operacja Overlord” (2018)

“Operacja Overlord” (2018)

W przeddzień lądowania Aliantów w Normandii, amerykańscy spadochroniarze trafiają na ślad szalonych nazistowskich eksperymentów, które mają pomóc Hitlerowi wygrać II Wojnę Światową.

“Overlord” to jeden z tych filmów, których ocena uwarunkowana jest właściwym (bądź nie) doń podejściem. Rzecz bowiem wprawdzie traktuje się zupełnie poważnie i nie mruga okiem do widza (lubię to), a jednocześnie już zwiastunem nie pozostawia złudzeń, że jest skrzyżowaniem czegoś w rodzaju kultowego (w pewnych kręgach) “Zombie SS” z grami wideo z (równie kultowego) uniwersum Wolfensteina.

To zatem odmóżdżająca, sztampowa rozrywka sensacyjna bez grama ambicji. Rozrywkowy akcyjniak, przy którym możesz przespać 2/3 długości taśmy i nadal dobrze się bawić. W latach 90tych nie oglądalibyśmy go na Netflixie tylko na kasecie wideo wypożyczonej za osiem tysięcy złotych z wypożyczalni “Wiking” na krakowskim Podgórzu.

I w tej klasie “Operacja Overlord” sprawdza się naprawdę nieźle. Są wyzuci z moralności naziści, są zwalczający ich dzielni amerykańscy chłopcy, są zombie, są szalone eksperymenty (stopklatkowałem jak przy “Ukrytym Wymiarze”, aż się łezka w oku kręci…). Jest dużo strzelania, krwi, przemocy i “fucków” rzucanych z głębi serca. Aktorsko rzecz wprawdzie wznosi się niewiele ponad poziom “M jak Miłość”, ale tu akurat to w niczym nie przeszkadza, bo przecież film nie walczy o Oscara.

Zwiastun: https://youtu.be/kQBCQpl4VMI

Polecam zatem “Operację Overlord” jako rzecz zwyczajnie dobrą w swojej (specyficznej) klasie i jednocześnie odradzam wszystkim, którzy mają problemy z odróżnianiem tychże. Na samotny wieczór przy czipsach i piwie jest w sam raz, na romantyczny wieczór z dramatem psychologicznym się nie nadaje.
Ocena: 7/10.


“Sekretne życie Waltera Mitty” (2013)

“Sekretne życie Waltera Mitty” (2013)

Walter Mitty (Ben Stiller) – pracownik archiwum magazynu “LIFE” – to marzyciel zbyt często uciekający od rzeczywistości w świat wyobraźni. Gdy ginie mu film z okładkowym zdjęciem, postanawia ratować pracę próbą odnalezienia jej autora na drugim końcu świata. Powyższe daje początek wydarzeniom nawet bardziej niezwykłym niż fantazje Waltera.

Ben Stiller i tagi, jakimi okraszono film (Komedia / Dramat / Fantasy), to nie jest mieszanka, po którą sięgam na trzeźwo i z własnej nieprzymuszonej woli. Był jednak sobotni wieczór, wcześniej zmasakrowały nas dzieci, a moje prawo do veta względem proponowanego przez Magdę filmu, wyczerpało się na trzeciej z rzędu polskiej komedii romantycznej. W rezultacie – zaryzykowaliśmy (ja pewnie bardziej).

I wiecie co? To był naprawdę dobry wybór. “Sekretne życie…” to lekkie, pogodne i przyjemne kino, z nienachalnym poczuciem humoru i umiarkowanie dawkowanym surrealizmem. Nawet gdy ociera się o banał, robi to w tak wdzięczny i fajny sposób, że wywołuje tym tylko uśmiech, a nie skręty kiszek z zażenowania. W konsekwencji, po seansie człowiek czuje się radosny i odprężony, jak po dobrze wykonanej robocie.

Dodam również, że rzecz ma fantastyczne zdjęcia i to do tego stopnia, że po jej obejrzeniu bardzo chce się spakować plecak i podróżować.

Zwiastun: https://youtu.be/Q2WutnGKDhc

Zaskoczony zatem, ale i zadowolony – polecam.
Ocena: 7/10.


“The Crown” – sezon czwarty (2020)

“The Crown” – sezon czwarty (2020)

Kolejna część opowieści o życiu brytyjskiej rodziny królewskiej, tym razem obejmująca okres od 1979 r. do 1990 r., pokrywający się z jedenastoma latami rządów Margaret Thatcher.

Dobry wieczór, jak co roku o tej porze, oglądamy sobie kolejny sezon “The Crown”, do znudzenia powtarzając, że to fantastycznie napisane i zagrane widowisko. Jeżeli zatem obejrzałeś któryś z poprzednich sezonów i Ci się nie spodobało, to wybacz – ale to nadal nie jest serial dla Ciebie. Jeżeli natomiast wcześniej byłeś zachwycony, to na pewno już zaliczyłeś całość i ja reszta “internetów” – uważasz czwarty sezon za najlepszy z dotychczasowych.

Żeby się nie powtarzać i zostawić sobie miejsce na taki sam pean, przy okazji kolejnej serii (już w 2021 r.), napiszę tylko, że będzie mi brakowało obsady trzeciego i czwartego sezonu, tak samo jak brakowało mi obsady pierwszych dwóch. Olivia Colman, Tobias Menzies, Helena Bonhan Carter, Josh O’Connor, Emma Corrin, Gillian Anderson, Charles Dance – wśród tych wszystkich wybitnych aktorów, trudno byłoby mi wskazać najlepsze role (ale gdybym musiał, to genialna Gillian jako Margaret Thatcher biłaby się z rewelacyjnym O’Connorem w roli pizdowatego Księcia Karola).

Na koniec dodam natomiast (idąc trochę pod prąd), że być może jestem już trochę zmęczony formułą, bo mam wrażenie, że mimo generalnego zadowolenia, poprzednie sezony nieco bardziej mi się podobały – pomimo że ten jest zdecydowanie najlepiej oceniany przez publikę.

Zwiastun: https://youtu.be/OiXEpminPms

Nie jest to jednak taka różnica, żebym zjechał z oceną. To nadal “Korona” seriali.
Ocena: 9/10.


“Niebo o północy” (2020)

“Niebo o północy” (2020)

Po tajemniczym “incydencie”, powierzchnia Ziemi przestaje nadawać się do życia. Augustine Lofthouse (George Clooney) w obliczu zagłady ludzkości decyduje się pozostać na posterunku – w obserwatorium astronomicznym zlokalizowanym na kole podbiegunowym i do końca robić swoje. Gdy dowiaduje się, że na umierającą planetę, po wielu latach, próbuje powrócić statek kosmiczny z misji na jednym z księżyców Jowisza, postanawia zrobić wszystko co w jego mocy, by ostrzec załogę (m.in. Felicity Jones, Kyle Chandler, David Oyelowo), że nie ma po co wracać.

Z takim punktem wyjścia dla opowieści, z “Nieba o północy” mogła wyjść naprawdę niezła opowieść o samotności i przemijaniu. Okazało się jednak, że Clooney nie ma absolutnie nic ciekawego do powiedzenia na ten temat, co zaowocowało powstaniem kolejnego filmu Netflixa praktycznie o niczym. Nawet bowiem jeżeli z tych wszystkich scen i dialogów da się wykoncypować jakąś puentę, jest ona w gruncie rzeczy mało błyskotliwa, a ścieżka do niej, nawet nie tyle mało satysfakcjonująca, co zwyczajnie męcząca.

Dość powiedzieć, że przy omawianym filmie czułem się trochę jak bohaterowie “Chłopaki nie płaczą” oglądający “Śmierć w Wenecji” i czekający, “aż się rozkręci”. Bo “Niebo…” niestety nie “rozkręca” się na żadnym poziomie. Akcji specjalnie tu nie ma (co samo w sobie nie jest żadną wadą), ale sensownych dialogów także. Nieśmiałe próby “filozofowania” kończą się na próbie sformułowania pytania (nieudanej zresztą). Na dodatek rzecz ma ten sam problem co “Ad Astra” (2019) – niby trwa te dwie godziny z hakiem, a po seansie stwierdzasz że to z jednej strony za długo – bo wiele scen jest nadmiernie rozwleczonych; i jednocześnie za krótko – bo ani nie zdążyłeś w tym czasie emocjonalnie związać się z bohaterami, ani nawet dowiedzieć czemu w zasadzie robią to co robią.

Zwiastun: https://youtu.be/GMOUzm63cvQ

W takim ujęciu “Niebo o północy” zostaje moim rozczarowaniem roku.
Nie polecam.
Ocena: 4/10.


KSIĄŻKI

Andrzej Sapkowski – “Ostatnie życzenie” (1992)

Andrzej Sapkowski – “Ostatnie życzenie” (1992)

Zbiór opowiadań fantasy, których głównych bohaterem jest Geralt z Rivii – białowłosy wiedźmin zajmujący się zwalczaniem potworów…, a poza tym mutant, nieludź i parszywy odmieniec, chutliwy ponad wszelką miarę. A w tym wszystkim bardziej ludzki od większości ludzi.

Po pierwszy tom opowieści o kultowym “Wiedźmaku” sięgnąłem ponownie z oczywistych względów. Przez serial Netflixa, który wydał mi się cokolwiek bezbarwny w starciu ze wspomnieniami na temat literackiego pierwowzoru.

Przed ponownym otwarciem książki byłem pełen obaw: czy się nie rozczaruję; czy dobrze zapamiętałem; czy może czasem nie wyrosłem z opowieści, bądź co bądź, o kolesiu z mieczem, który pomiędzy kolejnymi dylematami etycznymi “napiżdża” potwory. Nic jednak bardziej mylnego. Z dobrej literatury się nie wyrasta, podobnie jak z dobrych czipsów, dobrego alkoholu i dobrego wyprzedzania tanim BMW na podwójnej ciągłej, zakończonego potrójnym piruetem i dachowaniem w przydrożnym rowie.

To chyba zbiór najlepszych tekstów Sapkowskiego. Zarówno “Miecz Przeznaczenia”, jak i najbardziej zapadające w pamięci fragmenty pięcioksięgu (“Czas Pogardy” i “Chrzest Ognia”) są jakiś krok lub dwa za nim (i proszę o tym pamiętać, nawet gdyby znalazła się pod nimi taka sama ocena jak pod “Ostatnim życzeniem”).

AS mistrzowsko maluje bogaty i barwny świat fantasy, obficie czerpiąc tak z gara klasyki gatunku, jak i popularnych baśni oraz ludowych opowieści, doprawiając całość szczyptą słowiańskiej mitologii i odrobiną całkiem współczesnych, realnych problemów, które przychodzi rozstrzygać zupełnie nierealnym istotom. Każda z tych historii – a jest ich w sumie, aż siedem – to pokaz wybitnych umiejętności narracyjnych autora. Rzecz wciąga od pierwszego zdania. Opisu jest zawsze tyle ile potrzeba, a dialogi zachwycają naturalnością.

Czytałem te opowiadania w łóżku zamiast iść spać, omijałem przez nie przystanki na których miałem wysiąść (w sumie trzy razy – mój życiowy rekord) i chętnie wstawałem o 6 rano do pracy, bo towarzyszyła mi myśl, że czekając na autobus będę mógł sobie je poczytać.

Rozrywka na wybitnym poziomie.

Bardzo polecam.
Ocena: 9/10.


Andrzej Sapkowski – “Miecz przeznaczenia” (1993)

Andrzej Sapkowski – “Miecz przeznaczenia” (1993)

Drugi zbiór opowiadań fantasy o wiedźminie – Geralcie z Rivii – pełnym wątpliwości, aczkolwiek “dobrze robiącym mieczem” wrażliwcu, który nie chce się mieszać w cudze sprawy, ale niestety cudze sprawy ciągle go w coś mieszają.

Gdy byłem jeszcze młody i szczupły, zdarzało mi się zastanawiać – co jest lepsze: “Ostatnie życzenie” czy “Miecz przeznaczenia”, ale zerkając na oba zbiorki z perspektywy czasu i kilogramów, nie mam już wątpliwości, że ten pierwszy. Druga część historii o Wiedźminie, to nadal fantasy z wysokiej półki, zgrzytające pod zębami jak złoto – jednakże jakościowo wyraźnie ustępujące poprzednikowi.

Rozumiem pomysł na protagonistę – bohatera mimo woli, “czułego barbarzyńcę” zmuszonego do podejmowania trudnych wyborów w świecie, w którym żadna odpowiedź nie jest prawidłowa, lecz w “Mieczu przeznaczenia”, Geralt jest już jednak ciut zbyt uczuciowy, “miecza” jest niewiele, a słowo “przeznaczenie” pada o wiele za często. W rezultacie – bywało że się nudziłem, zwłaszcza przy “Okruchu lodu”, “Trochę poświęcenia”, “Mieczu przeznaczenia” i “Coś więcej”. Ojej, wymieniłem 4/6 zbioru? No właśnie.

Na szczęście, nawet w tych gorszych tekstach są kapitalne momenty – błyskotliwe wymiany zdań i ciekawe opisy.
Poza tym to mimo wszystko doskonale skrojone uniwersum. Trudno nie uśmiechnąć się przy wątkach, w których pojawia się Jaskier (robi doskonałą robotę, chyba jeszcze lepszą niż w “Ostatnim życzeniu”), krasnoludy, czy ukryte pod płaszczykiem fantasy komentarze do współczesnej rzeczywistości.

Trochę tylko szkoda, że to wszystko to jednak wyłącznie tło dla mało wyrafinowanych melodramatów.
Ocena: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *