Zestawienie krótkich recenzji z 2022 r.

Rok 2022 przemknął jak Struś Pędziwiatr, tradycyjnie nie pozwalając na spełnienie żadnych z zapowiedzi z końcówki 2021 r. Niemniej jednak i tak było zajebiście. Poniżej tradycyjne zestawienie krótkich recenzji filmowych opublikowanych w 2022 r. w mediach społecznościowych.

FILMY I SERIALE

“Ojcostwo” (2021)

“Ojcostwo” (2021)

Matt (Kevin Hart) w dniu narodzin córeczki (Melody Hurd) traci żonę i zmuszony jest podjąć się trudów samotnego ojcostwa.

Z początkiem 2022 r. bardzo istotnie wypuściłem się ze swojej strefy komfortu. Dość powiedzieć, że napis – “Jezu, co ty robisz ze swoim życiem?” wyświetlił mi się dopiero po obejrzeniu z żoną trylogii “Planeta Singli”. W międzyczasie niestety sięgałem po kino, po które zazwyczaj nie sięgam, stąd ten tekst.

“Ojcostwo” to typowa ciepła komedia z happy endem (ale też z “sad beginningiem”). Rzecz nieco mocniej przemówi zapewne do młodych rodziców, którzy być może wychwycą pewne oczywiste zbieżności doświadczeń. Reszcie jednak oczywiście będzie brakować walki wręcz, Duncana Idaho i pieśni Sardaukerów.

Prezentowany w filmie humor jest bezpieczny i umiarkowanie zabawny, a opowieść – jak można się spodziewać – bardzo przewidywalna. Nie będziecie się zatem przy “Ojcostwie” zbytnio śmiać i z pewnością nic Was nie zaskoczy. Niemniej jednak, jak na kino gatunkowe, to porządna rzemieślnicza robota.

Warto też zauważyć, że dwójka głównych bohaterów nie irytuje, a to już coś. Szkoda, że tego samego nie można niestety powiedzieć o przyjaciołach protagonisty, którzy – gdyby powstał ranking najbardziej wkurwiających drugoplanowanych postaci z filmów Netflixa – otwieraliby pierwszą dziesiątkę. Gdyby to oni umarli, zamiast żony głównego bohatera, byłaby szansa na nieco wyższą ocenę.

Zwiastun: https://youtu.be/LqfvUAN2nO4

Trochę się zmuszałem, ale dramatycznie słabe to na pewno nie jest.
Ocena: 4/10.


“Cobra Kai” – sezon czwarty (2021)

“Cobra Kai” – sezon czwarty (2021)

Kontynuacja opowieści o dalszych losach bohaterów kultowego “Karate Kid” (1984). Daniel LaRusso (Ralph Macchio) i jego dawny przeciwnik – Johnny Lawrence (William Zabka) sprzymierzają się przeciwko Johnowi Kreese (Martin Kove), by raz na zawsze pozbyć się Cobra Kai z LA. Ten jednak skrywa asa w rękawie.

Ja wiem, że ten plakat i opis zapowiadają infantylną fabułę i tak w gruncie rzeczy właśnie jest. Czwarty sezon “Cobra Kai” to niezmiennie rozrywkowo-komediowe połączenie “Karate Kid” które dorosło, z klasyczną teen dramą (jest tu nawet bal maturalny). W swojej klasie (tj. żerującej na sentymencie komedii dla rodziców i dzieci) to jednak tak samo doskonałe pisarstwo, jak w przypadku “Sukcesji”.

W rezultacie “Cobra Kai” bawi – tam gdzie ma bawić, trzyma w napięciu lub wzrusza – tam gdzie powinno i nienachalnie przekazuje podstawowe prawdy o życiu. Wbrew kolorom kimon – nie ma tu czerni i bieli, a bohaterowie nieustannie uczą się, ewoluują, zmieniają swoje nastawienie i przekonania. Ci starsi chyba nawet bardziej, niż ci młodsi.

W rezultacie – dziesięć czterdziestominutowych odcinków zlatuje w dwa wieczory i tylko szkoda, że na kolejny sezon trzeba czekać tak długo. Twórcy mają jednak u mnie pełne zaufanie. Na pewno się opłaci.

Zwiastun: https://youtu.be/WQ8fBMHQioE

Bardzo polecam. Pierwszorzędna rozrywka.
Ocena: 8/10.


“Possessor” (2020)

“Possessor” (2020)

Pracująca dla tajnej organizacji Tasya Vos (Andrea Riseborough) dokonuje zabójstw na zlecenie, przejmując władzę nad ciałami innych ludzi. Podczas realizacji kolejnego z zadań jeden z obiektów wyrywa się spod jej kontroli. 

“Jak już przeczytasz o co chodziło w tym filmie, to mi opowiedz” – poprosiła mnie żona po napisach końcowych i to generalnie dość dobrze podsumowuje “Possessora”. To z pewnością nie jest film o niczym, stoi za nim intrygujący (acz nie nowy) pomysł, ale to jak został zrealizowany, to już zupełnie inna historia.

Zacznijmy od tego, że młody Cronenberg najwyraźniej nie chce byś sobą i woli być swoim starym. Dlatego “Possessor” kipi od klasycznego cronenbergowskiego naturalizmu. Jest brutalna, sadystyczna przemoc prezentowana ze wszystkimi detalami i seks z ujęciami na narządy. Film na pewnym poziomie może i skłania do jakichś refleksji (choć na pewno nie na temat transpłciowości, jak chcieliby nasi recenzenci po filmoznawstwie), ale jednocześnie ginie w typowych dla takiego kina niejasnościach i niedopowiedzeniach, i to pomimo tego że opowieść jest dość płytka.

Dlatego nie zapamiętacie z “Possessora” nic poza brutalnością.

Zwiastun: https://youtu.be/bsLR40GStc8

Nie polecam, chyba, że po prostu lubisz styl Cronenberga, z zastrzeżeniem, że do odjazdów z “Muchy” czy “Nagiego lunchu”, to temu filmowi daleko.
Ocena: 4/10.


“Zapomniana bitwa” / “De Slag om de Schelde” (2020)

“Zapomniana bitwa” (2020)

Listopad 1944 r. Alianci próbują odbić wyspę Walcheren w Zelandii z rąk Niemców. Losy młodego Holendra stojącego po stronie nazistów, angielskiego pilota szybowca i zelandzkiej dziewczyny, krzyżują się w tragicznych okolicznościach. Cała trójka musi dokonać trudnych wyborów, od których zależy życie nie tylko ich samych, ale też pozostałych.

W komentarzach na branżowych portalach można zobaczyć narzekanie, że “czołgi nie takie jak trzeba”, że “samoloty latają w zbyt ciasnej formacji”, a “taktyka walki piechoty ma mało wspólnego z realizmem”. Normalni zjadacze bułek z kraju nad Wisłą raczej nie zwrócą jednak na takie rzeczy uwagi. A bez czepiania się detali, ten drugi najdroższy film w historii holenderskiej kinematografii może się podobać.

Owszem to raczej kameralne kino, skromne nawet w porównaniu z “naszym” “Miastem 44”. Nie dotyczy szczególnie fascynującego obszaru walk (stąd tez tytuł należy uznać za trafny), a niemiecka okupacja Holandii – przy całym szacunku dla rachunku krzywd – wydaje się wręcz pieszczotą w porównaniu z tym, jak to wyglądało chociażby w Polsce. Zęby jednak od oglądania “Zapomnianej bitwy” nie bolą. Scenariusz ma niewiele dłużyzn, efekty specjalne stoją na niezłym poziomie, a aktorstwo jest co najmniej ponadprzeciętne.

To nie jest obraz, który miałby zdolność do zapisania się na dłużej w pamięci, ale wieczór z nim nie powinien być zmarnowany.

Zwiastun: https://youtu.be/cptH03vdPSI

Spragnieni okupacyjnych obrazków mogą obejrzeć. Nie powinni się nudzić.
Ocena: 6/10.


“Głęboka woda” (2022)

Vic (Ben Affleck) i Melinda (Ana de Armas) są nietypowym małżeństwem. Ona ma wielu męskich “przyjaciół”, lubi flirt i przelotne romanse, z którymi nawet nie próbuje się przed nim kryć. On wydaje się znosić jej wybryki i wyskoki ze stoickim spokojem.
Do czasu.

Rzecz jest ekranizacją opowiadania Patricii Highsmith i jednocześnie remake’m francuskiego filmu z 1981 r. Próbuje się sprzedawać jako coś pomiędzy dramatem, a thrillerem erotycznym, z domieszką kryminału, ale żeby z sukcesami zmieścić się w tej pierwszej konwencji, musiałoby być bardziej nastawione na emocje i psychologizowanie; w drugiej – mieć znacznie więcej erotyki; a w trzeciej – posiadać choćby śladową intrygę.

W rezultacie, pomimo ciekawego pomysłu wyjściowego dostajemy coś co nie bardzo ma na siebie pomysł i co mogłoby uchodzić za “netflixowskiego średniaka”, gdyby nie fakt, że za całością akurat stoi Hulu.

Choć jednak nie jest to smakowity burger z ulubionego foodtrucka, a typowa parówa w bule z Orlenu, nie mogę powiedzieć, że się z nią męczyłem. Przede wszystkim nieźle wypada Ana de Armas – gwiazda ostatniego Bonda – w roli niewiernej żony. I to pomimo tego, że partnerujący jej Panowie (nawet nie ma sensu wymieniać nazwisk tego planktonu), to nieheblowane drewno, które łatwiej byłoby przerobić na panele, niż w amatorskich nawet aktorów. Tyczy się to niestety też Afflecka, który też przez większość czasu wydaje się grać postać ogłuszoną ciosem w potylicę. Po drugie – mało jest takich filmów, nawet tych przeciętnie zrobionych.

Zwiastun: https://youtu.be/90JsrQwE5CA

Niespecjalnie czuję, że mogę polecić, ale nie uznałbym czasu z “Głęboką wodą” za zupełnie stracony.
Ocena: 5/10.


“Totalna Katastrofa: Woodstock ’99” / “Trainwreck: Woodstock ’99” (2022)

“Totalna Katastrofa: Woodstock ’99” (2022)

Dokumentalny zapis jednej z ostatnich prób reaktywowania klasycznego święta fanów rocka. Woodstock 99 – zorganizowany w lipcu 1999 r. w małej miejscowości Rome w stanie Nowy York – miał być powtórką kultowego festiwalu z 1969 r., ale w historii zapisał się głównie z powodu fatalnej organizacji, aktów przemocy, gwałtów, serii pożarów i interwencji policji stanowej tuż po zakończeniu imprezy.

Mój brat zadzwonił i chcąc polecić mi tę produkcję zapytał, czy pamiętam “idealnie relaksujący dokument o katastrofie organizacyjnej”. “No tak, ten o Fyre Festiwal, zrobiony przez Netflix.” – odpowiedziałem bez wahania. A zatem – “Totalna Katastrofa: Woodstock ’99” to prawie to samo, tyle że traktuje o innej imprezie.

Mam świadomość, że to niepokojące, ale uwielbiam patrzyć jak rzeczy się walą. Obserwowanie jak zmierzają do nieuchronnego, katastrofalnego końca działa na mnie wręcz hipnotyzująco. Dlatego wsiąkłem w omawiany dokument na tyle, że trzy godzinne odcinki zaliczyłem przy jednym posiedzeniu, bez chwili znudzenia.

Choć Woodstock 99 nie zakończył się aż tak spektakularnym niepowodzeniem jak Fyre Festiwal, z pewnością wymknął się organizatorom spod kontroli. Możliwość spojrzenia na to wszystko oczyma uczestników, jak i twórców, obsługi, a nawet artystów wypełniających line-up – jest zatem uroczym doświadczeniem – nawet jeśli Netflix momentami próbuje tu budować nieco przesadzone napięcie. Dodatkowym atutem całości jest okazja do przypomnienia sobie tych wszystkich na wpół zapomnianych już kapel, jak KoRn, czy Red Hot Chili Peppers.

Zwiastun: https://youtu.be/Tm5uUzbUwR4

Polecam zatem, gdy ktoś dobrze czuje się w takich klimatach.
Ocena: 7/10.


“Cobra Kai” – sezon piąty (2022)

“Cobra Kai” – sezon piąty (2022)

Kontynuacja historii bohaterów kultowego “Karate Kid” (1984). Daniel LaRusso (Ralph Macchio) i jego dawny przeciwnik – Johnny Lawrence (William Zabka), wraz ze swoimi uczniami prowadzą nierówną walkę z Terry’m Silverem i jego “Cobra Kai”.

“Cobra Kai” jest jakimś kuriozum i przysłowiowym “wyjątkiem potwierdzającym reguły”. Co roku dostajemy praktycznie to samo: trochę sentymentalnej podróży do lat 80tych; trochę uniwersalnych lekcji i wartości; trochę teen dramy, trochę poczucia humoru, które za nic ma sobie polityczną poprawność, a nawet nieco się z niej napierdala i w końcu sporo karate (oraz kiczowaty plakat). Każdy inny serial dawno zostałby zbombardowany negatywnymi recenzjami i skasowany, a ten trwa i trwa, i jakimś cudem… bawi coraz bardziej.

Być może jest tak, że gdyby trzeba było zaliczyć to 50 odcinków za jednym zamachem, widz czułby się znużony wdrażaniem się Johnny’ego w społeczeństwo; dramatami nastolatków i trwającymi nieraz i kilkanaście minut napierdalankami. Natomiast w corocznym ujęciu rzecz wchodzi jak zimne piwko po robocie na budowie.

Poza tym, że to znowu prawie to samo – nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia, ponieważ – no cóż – znowu chciałem tego samego.

Żeby jednak w pełni oddać “Cobra Kai” sprawiedliwość, w mojej ocenie piąty sezon był dobrą okazją do tego, żeby już skończyć. Podomykano większość wątków, sensownie poustawiano losy bohaterów. Powtórki z rozrywki nie przeszkadzają tu bowiem m.in. dlatego, że na przestrzeni całości widać realne zmiany w życiu i charakterach protagonistów, jak i to, że nie popełniają po 10 razy tych samych błędów (no… zazwyczaj). Obecnie bohaterowie doszli już do tego miejsca, że nie bardzo wyobrażam sobie jak można by napisać kolejny sezon.

Zwiastun: https://youtu.be/P4BfK1LKbCY

Niemniej jednak – niezmiennie bardzo polecam. Pierwszorzędna rozrywka.
A że całość jest nawet lepsza, niż poprzedni sezon (wcześniej walki to był diament, ale tutaj to już brylant), to zasługuję na pół oczka wyżej.
Ocena: 8,5/10.


“Moonfall” (2022)

“Moonfall” (2022)

Z niewyjaśnionych przyczyn Księżyc zostaje wybity z orbity i posłany na kurs kolizyjny z Ziemią. Dyrektor NASA, emerytowany astronauta oraz szur – wyruszają w kosmos, by zapobiec katastrofie.

Są filmy tak złe, że aż dobre, lecz to niestety nie jest ten przypadek. Możecie oskarżać mnie o “wiekizm”, ale cześć starych ludzi nie powinna pchać się do polityki, jeździć samochodem i robić filmów. Naprawdę szanuję Rolanda Emmericha. Lubię znaczną część jego filmów i rozumiem konwencję w jakiej się porusza, obejmującą m.in. rozjebywanie obcych przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych zasiadającego w F18 i wgrywanie wirusów do Statku Matki z kalkulatora. “Uniwersalny żołnierz”, “Gwiezdne Wrota”, “Dzień Niepodległości” czy “Patriota” to może i filmy głupie oraz przewidywalne, ale zwyczajnie dobre. “Moonfall” jest natomiast po prostu głupi i przewidywalny.

Nie chodzi mi nawet o fabułę, napakowaną absurdami, bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie liczył na logikę. Ten film to po prostu klisza na kliszy upchana w kliszy, jak mięso w szynce konserwowej. To bezbożny blok motywów przemielonych na tysiąc sposobów, oklepanych do granic możliwości. Nic tu nie trzyma w napięciu, dialogi są mdłe do porzygu, a bohaterowie absolutnie nijacy. Niesamowite, że po przeczytaniu scenariusza postanowili tu zagrać m.in.: Patrick Wilson, Halle Berry, czy, kurwa, Donald Sutherland. Emmerich musi mieć na nich jakieś haki, zdjęcia na których wciągają koks, albo mordują małe kotki, czy coś. (Sama Tarly’ego nie liczę, jest wciąż u progu kariery, a ja nawet nie wiem jak ten typ się naprawdę nazywa.)

To co się broni, to z pewnością efekty specjalne, dla których zazwyczaj ogląda się filmy Emmericha. Niemniej jednak wszystko to już było, choćby w “2012” (2009) i “Dzień Niepodległości: Odrodzenie” (2016). Zatem wiadomo – wielkie fale niszczą miasta, grawitacja niszczy miasta, asteroidy niszczą miasta. Ziew.

Roland, skończże już chłopie.

Zwiastun: https://youtu.be/ivIwdQBlS10

Odradzam jak jedzenia żółtego śniegu.
Ocena: 3/10.


“Gry Rodzinne” (2022)

“Gry Rodzinne” (2022)

Katarzyna – młoda i zbrzuchacona studentka medycyny, ma poślubić fircyka z zamożnej, lekarskiej rodziny. W dniu ślubu zadaje sobie jednak pytanie czy na pewno tego chce. Wkrótce na jaw wychodzą rodzinne sekrety, kłamstwa i niesnaski.

Stosunkowo rzadko wykraczam poza swoją strefę komfortu (czytaj: statki kosmiczne, smoki, magię lub strzelaniny), lecz gdy już to robię – wypierdalam do przodu, jak Ukraińcy pod Charkowem. Chciałem zrobić prezent żonie z okazji czwartej rocznicy ślubu i wspólnie obejrzeć coś “normalnego”. Problem w tym, że współcześnie bardzo trudno o dobrą rzecz w głównym nurcie – tak jakby główny nurt przestał być głównym nurtem.

W zamyśle – “Gry Rodzinne” – to coś w rodzaju pokrętnej komedii romantycznej. Ona (Eliza Rycembel – nie jest w tej roli zła, ale większość osób będzie wkurwiać) kiedyś kogoś miała, lecz ten “ktoś” zniknął bez wieści. On (Bartosz Gelner – dla większości nie będzie w tej roli zły, ale mnie wkurwia) chce Jej z rozmaitych powodów, z których żaden nie ma sensu. Do tego dochodzą rodzice wyżej wskazanych, również mający niejasne motywy oraz wiele na sumieniu (niezgorszy Paweł Deląg, wkurwiające – Edyta Olszówka i Izabela Kuna) i burdel gotowy.

W ramach swojej konwencji nie jest to wcale bardzo źle napisane. Podsumowanie – “pojebane, ale wciągające” – nie byłoby zatem zbyt dalekie od prawdy. Natomiast niestety nie jest to też napisane choćby przeciętnie, a poza tym jest zdecydowanie za długie. To osiem kilkudziesięciostominutowych odcinków, dających razem pewnie ze 300-350 minut materiału. Jaja żadnego normalnego faceta nie wytrzymają tyle w pozycji siedzącej (pewnie dlatego takie rzeczy oglądają głównie kobiety). Na dodatek jest to materiał takiej “jakości”, że spokojnie można by wywalić 1/3 scen – całość nic by nie straciła.

To w gruncie rzeczy zbitka szablonów z podobnych gatunkowo filmów, tyle że absurdalnie upchanych w jednym scenariuszu.

Zwiastun: https://youtu.be/ExnpqUzqbq4

Dla takich seriali Bóg stworzył ocenę “trzy” w skali od “jeden” do “dziesięć”. Zdecydowanie nie polecam – niemniej jednak nadal jest to lepsze niż “Krakowskie potwory” (2022).
Ocena: 3/10.


“Broad Peak” (2022)

“Broad Peak” (2022)

Fabularna opowieść o mierzeniu się Macieja Berbeki z Broad Peak. Gdy próba zdobycia szczytu w 1988 r. tylko “prawie” go zabija, postanawia “dokończyć to co zaczął” i wyruszyć na kolejną wyprawę w 2013 r.

Życie zaiste pisze najlepsze scenariusze. W tym przypadku napisało co najmniej ciekawy, niejednoznaczny i hmmm… ludzki? Niespecjalnie trzeba było się postarać, by zrobić z tego pierwszorzędny dramat. Niestety polscy filmowcy potrafią bez litości zamordować każdy, nawet najbardziej nośny temat.

W rezultacie “Broad Peak” nie wykorzystuje nawet grama swojego potencjału, ograniczając się do prezentacji ładnych widoków i “biedawikipedycznego” rysu obu wypraw Berbeki. O bohaterze tej historii, jego motywacjach czy rozterkach nie dowiadujemy się tu praktycznie nic więcej. O kulisach jego śmierci – tym bardziej. Przecież można by wówczas przypadkiem obrazić wielkich, polskich himalaistów, którzy zostawili prawie sześćdziesięcioletniego dziadka na pewną śmierć. Ot najpierw facet ledwo wchodzi na tytułowy szczyt (no – prawie) i ledwo schodzi, następnie ledwo wchodzi i już nie schodzi. Czarna plansza, koniec. Dziękujemy, nie zapomnijcie Państwo nasrać do koperty i wysłać do PISFu, tam zazwyczaj trafiają znacznie gorsze “scenariusze”.

W kontekście generalnego braku pomysłu na film, drewniane dialogi tylko dopełniają obrazu całości. Trudno nawet mieć pretensję do Ireneusza Czopa (w roli Berbeki), Simlata, Ostaszewskiej, czy Głowackiego – że grają jak grają (co najwyżej przeciętnie). Zapewne przez cały seans mają takie ponure miny właśnie dlatego, że doskonale wiedzą, w co się wpakowali, ale podobnie jak widz – muszą dobrnąć do końca.

Zwiastun: https://youtu.be/ILh1hoiq0Jg

Rozczarowanie.
Unikać, jak zimowych wyjść w górę na ośmiotysięczniki.
Ocena: 3/10.


“Ostatnia Wieczerza” (2022)

“Ostatnia Wieczerza” (2022)

Polska, rok 1987. Do klasztoru na odludziu przybywa młody milicjant – Marek (Piotr Żurawski), by w przebraniu duchownego zbadać sprawę tajemniczych zaginięć kobiet.

Świadomie oglądam mnóstwo przeciętnych i słabych filmów, więc może trochę straciłem rozeznanie (bo dobrego gustu to na pewno w życiu nigdy nie miałem), ale “Ostatnia Wieczerza” naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła, w pełni zasługując na etykietę: “Dobre, mimo że polskie.”

Gatunkowo to zbudowany ze schematów horror, romansujący z tematyką okultyzmu, satanizmu i opętań. Rzecz jest w pełni świadoma swego dziedzictwa, dlatego choć stara się być całkiem poważna, nieustannie ślizga się po granicy pastiszu – jednak w bardzo specyficzny, “uroczy” i nieniweczący charakteru całości sposób. Pełno tu ogranych motywów, dlatego fani “straszaków” od początku będą wiedzieć co jest grane i co za moment się “odjaniepawli”. Dopiero finał niejednego zaskoczy, swoją przewrotnością i to nie na jednym poziomie.

Od technicznej strony też nie ma się do czego przyczepić. “Ostatnia Wieczerza” umiejętnie buduje klimat bezbłędną scenografią mrocznego, odciętego od świata klasztoru. Trochę tu czuć Beksińskim, a trochę nawet i “Diablo”. Całości towarzyszy niezgorsza muzyka i co najmniej poprawne aktorstwo, ze wskazaniem na Olafa Lubaszenkę w roli Przeora Andrzeja.

Podobało mi się na tyle, że pewnie obejrzę to sobie jeszcze raz. Bardzo odważny i ciekawy – jak na polskie kino – eksperyment.

Zwiastun: nie ma w sieci (krótka zajawka jest na Netflixie).

Polecam, ale trzeba wiedzieć w co się pakujecie.
Ocena: 7/10.


“The Crown” – sezon piąty (2022)

“The Crown” – sezon piąty (2022)

Przedostatnia część opowieści o życiu brytyjskiej rodziny królewskiej, tym razem obejmująca burzliwy okres kryzysu wizerunkowego, od 1991 r. do 1997 r.

Dwuletnia przerwa dobrze zrobiła mojej relacji z “Królową”, bo (lekkie) znużenie formułą, jakiego doświadczyłem przy poprzednim sezonie, ulotniło się jak Brytyjczycy z Hong Kongu w 1997 r. Najnowsze dziesięć odcinków niby cieszy się wyraźnie mniejszym uznaniem publiki, niż poprzednie (głównie z powodu kolejnych zmian w obsadzie), lecz ja tradycyjnie bawiłem się znakomicie.

Jakkolwiek zgadzam się, że Dominic West jest nieco zbyt charyzmatyczny do roli Karola (choć przecież nie znam Charlesa osobiście (jeszcze)), trudno – nie tylko czepiać się pozostałych wyborów aktorskich, ale też nie stwierdzić, że ponownie mamy do czynienia z aktorską elitą, która rewelacyjnie wywiązała się z powierzonych zadań. A to bardzo ważne, bo “The Crown” to – nadal – świetnie napisane widowisko, wymagające autentycznego kunsztu, choć miałem wrażenie, że w tym sezonie, jakby częściej trafiały się przemowy skierowane bardziej do widza, niż do kolegów z planu.

Powyższe nie przeszkadza, bo mimo wszystko – największą siłą “Królowej” niezmiennie pozostaje to, że prócz fascynującej podróży przez historię, opowiadając o niezwykłych rolach społecznych, pozostaje nadzwyczaj ludzka. Bo człowieka – z wszystkimi jego wadami, zaletami, lękami i ambicjami – widać tu tak w Dianie, jak i Karolu, Kamili, a nawet Elżbiecie (chociaż moją ulubioną postacią piątego sezonu pozostaje premier John Major – w ujęciu Jonny Lee Millera).

Zwiastun: https://youtu.be/FkEyN_wtMlQ

Kapitalna rzecz i trochę smutno, że nieuchronnie zmierza ku końcowi.
Ocena: 8/10.


“The Bear” – sezon pierwszy (2022)

“The Bear” – sezon pierwszy (2022)

Po śmierci brata, młody szef kuchni – Carmen “Carmy” Berzatto (Jeremy Allen White) – rzuca pracę w najlepszej restauracji świata, by przejąć rodzinny biznes – bar kanapkowy w Chicago, i postawić go na nogi.

Po zapowiedziach spodziewałem się czegoś pomiędzy <<kuchenną wariacją na temat “Teda Lasso”>>, a Magdą Gessler, a dostałem knajpiany dramat rodzinno-społeczny. Zatem jeśli ktoś – zgodnie z opisami producenta – oczekuje po “Niedźwiadku” lekkiej komedii, to niech lepiej szuka gdzie indziej, bo śmiechu jest tu mniej więcej tyle, co cukru w rosole (to było mało wyrafinowane porównanie, wiem).

Nie warto natomiast “The Bear” od razu skreślać, bo w swoim gatunku to dość unikalna pozycja, pozwalająca zobaczyć – i co tam się wyprawia na zapleczu, podczas zamawiania kanapki, jak i co gra w sercach typów, którzy te kanapki robią. A praca w kuchni to tu nieustanny bieg, nerwy i fuck-up na fuck-upie, który fuck-up pogania. Dlatego gdy Camry, po każdym kolejnym gównie wpadającym w knajpiany wentylator (oczywiście metaforycznie), wychodzi na fajka, odpoczywamy wraz z nim. Temu wrażeniu sprzyja prawie-że-reporterska-narracja, podkręcająca tempo do “jedenastki”, doprawiona szczyptą przesadyzmu (trudno uwierzyć, że tak wiele może się spierdolić i jednocześnie naprawić w tak krótkim czasie) oraz znakomite aktorstwo. W rezultacie – sam czujesz się jakbyś tam był i w biegu klepał dla kogoś kanapkę z wołowiną.

Mój główny zarzut względem “Niedźwiadka” dotyczy zresztą powyższego – świadomego zapewne – rozwiązania artystycznego. Otóż całość – przez to, że wrzuca widza w sam środek knajpy wypełnionej pokrzykującymi na siebie typami, rozmawiającymi o rzeczach i wydarzeniach, o których ów widz nie ma żadnego pojęcia – może być trudno przyswajalna, gdy ogląda się ją bez należytej uwagi. Z drugiej strony, nietrudno się w rzecz wkręcić po zaliczeniu dwóch, trzech – półgodzinnych odcinków. Kuchnia przyciąga – przynajmniej takiego kuchennego “nieogara” jak ja.

Zwiastun: https://youtu.be/waYD3msP4t8

Zatem polecam, ale z zastrzeżeniem, że nie jest to “samograj” i nie każdemu przypadnie do gustu.
Ocena: 7/10.


“Pewnego razu na krajowej jedynce” (2022)

“Pewnego razu na krajowej jedynce” (2022)

Grupa przypadkowych osób, wspólnie podróżujących z Łodzi do Cieszyna, omyłkowo zamienia się samochodem z desperatem, który właśnie obrabował bank.

Ostatnio nad wyraz pozytywnie zaskoczyła mnie “Ostatnia Wieczerza” (2022), a tu dostajemy kolejną pozycję Netflixa, która wymyka się krajowym schematom – właśnie przez to, że wiernie podąża za schematami zachodniego kina/telewizji rozrywkowej. Paradygmat jest mniej więcej taki: zero moralnego niepokoju, zero mądrzenia się, zero przesłania. Zamiast tego 100% rozrywki w rozrywce, więc w praktyce seks i przemoc, ale w typowo katolickich proporcjach, więc tylko szczypta seksu, ale za to dużo przemocy.

I na tym poziomie ogląda się to nieźle, mimo że głowa nieustannie swędzi, że coś tu jest nie tak, że dziury fabularne, że widzieliśmy to już dziesiątki razy w VHSowym kinie klasy B. Zapewne gdyby “Pewnego razu na krajowej jedynce” wyszło z “jankesowni”, nawet w tym roku, to bym na nie zwrócił najmniejszej uwagi. Lecz przez to, że klimaty są bądź co bądź znajome (prócz motelu, który już żywcem wyciągnięto z zachodnich akcyjniaków), a realia jednak polskie – 6 krótkich (ok. 30 minutowych) odcinków zaliczyłem w jeden wieczór, gładko i ze smakiem.

Wszystko tu jest przesadzone jak u Tarantino. Postacie płytkie i irytujące, przemoc naturalistyczna, a humor na granicy groteski i sucharu. Całość jednak absurdalnie bawi i relaksuje. W rezultacie oglądasz epizod za epizodem, aż do nieco rozczarowującego finału.

I w sumie to stwierdzasz, że masz ochotę na więcej.

Zwiastun: https://youtu.be/-abJOZJI00s

Można zweryfikować, jak gonimy kino rozrywkowe Zachodu.
Ocena: 6/10.


“Nie martw się, kochanie” (2022)

“Nie martw się, kochanie” (2022)

Lata 50-te XX w. Alice (Florence Pugh) i Jack (Harry Styles) zamieszkują w na pozór doskonałej społeczności Victory. Zlokalizowane na środku pustyni, eksperymentalne miasteczko zdaje się zaspokajać wszystkie ich potrzeby – oferując piękno, luksus i towarzystwo podobnych im wybrańców. Stopniowo w idealnym życiu pary, zaczynają jednak pojawiać się pęknięcia.

Na wstępie zaznaczam, że sensowne opisanie tego filmu bez spoilerów jest trudne, bo fabularny twist to jego potencjalnie największa wartość. Poślizgam się zatem trochę po powierzchni, tj. bez wchodzenia w szczegóły, a Wy zrobicie z tym co zechcecie.

Zasadniczo, “Nie martw się, kochanie” sporo obiecuje, ale poza naprawdę ładnymi, widokówkowo przerysowanymi (nieprzypadkowo) zdjęciami, praktycznie nic nie dostarcza. Można to grzecznie nazwać “przerostem formy nad treścią”, a można i wprost – wydmuszką. Scenariusz jest pełen dziur wielkości otworu w ścianie pomieszczenia socjalnego, po strzeleniu doń z granatnika ręcznego; aktorsko rzecz musi ciągnąć w zasadzie w pojedynkę Florence Pugh (choć trudno zaprzeczyć, że naprawdę się stara); a zwrot akcji – może i nie jest przewidywalny – ale na pewno z gatunku: “to już było” (i żeby to raz). Nie do końca też zgadzam się z zarzutami, że twórcy chcieli złapać kilka srok za ogon i w rezultacie wszystkie im uleciały, bo całość – szczególnie z perspektywy zakończenia – bardziej wygląda tak, jakby nawet nie wiedzieli, jak się za to zabrać. Mój problem z “Nie martw się, kochanie” polega więc nie na tym, że trudno mi rozczytać, co rzecz chciała przez siebie powiedzieć, lecz czy w ogóle cokolwiek próbowała.

Zwiastun: https://youtu.be/MHQxLHB8_mg

Nie polecam zatem, bo wprawdzie ładne, ale za długie, niezbyt mądre i nie daje żadnej satysfakcji.
Ocena: 4/10.


“Jeszcze przed świętami” (2022)

“Jeszcze przed świętami” (2022)

Na skutek złośliwości szefa, pracująca jako kurier – Marysia (Monika Frajczyk) – doręcza przedświąteczne paczki niewłaściwym odbiorcom. W odkręceniu pomyłki pomaga jej jeden z poszkodowanych – Krzysiek (Piotr Pacek) – chcący odzyskać cenną przesyłkę od dziadka.

Bardzo trudno jest zrobić świąteczną komedię, dlatego rodzimi twórcy nawet nie próbują. Trochę szkoda, bo gdy ten raz w roku człowiek chce wyjść ze swojej strefy komfortu i obejrzeć coś bez skręcania kręgosłupów przez łysych mięśniaków, musi po raz enty oglądać “Znachora”, bądź tracić godność przy kolejnej, generycznej produkcji znad Wisły.

Odfajkowując więc – to na nie jest film, którego szukacie. W propozycji Netflixa na tegoroczne święta zabrakło tego co zwykle, czyli praktycznie wszystkiego.

Po pierwsze – poczucia humoru. W “Jeszcze przed świętami” dominuje ten ciepły, ostrożny, rodzinny dowcip, który ni choiny nie jest śmieszny. Owszem, jest lepiej niż w “M jak miłość”, ale całość stać co najwyżej na delikatne poruszenie kącikami ust “oglądacza”.

Po drugie – sensownego aktorstwa. Owszem, gdzieś tam na drugim planie pomyka Łukasz Simlat (który zawsze jest spoko) oraz Mirosław Baka, lecz ciężar całości muszą dźwigać ww. Monika Frajczyk oraz Piotr Pacek – którzy są dla mnie takimi samymi prognostykami chujowizny, jak późny Karolak. Nie ma pomiędzy nimi absolutnie żadnej chemii, a w ich postaciach ani życia, ani wiarygodności.

Zwiastun: nie ma w sieci (krótka zajawka jest na Netflixie).

Nie róbcie tego sobie i swoim bliskim, i nawet w to nie klikajcie.

Nie polecam. Strata czasu.
Ocena: 3/10.
PS. Żona mówi, że “nie jest złe” i daje 4/10.


“Jeden gniewny człowiek” (2021)

“Jeden gniewny człowiek” (2021)

Potężny łysol o niejasnej przeszłości – Patrick Hill (Jason Statham) – zatrudnia się w przedsiębiorstwie odpowiadającym za konwojowanie gotówki.

Wiele lat temu, udzielając – prawidłowej wprawdzie, ale niezbyt wyczerpującej odpowiedzi na pytanie nauczycielki, dostawałem “tróję” i komentarz: “Stać cię na więcej.” Dziś, kiedy “sam jestem dziadkiem” mogę takim samym tekstem rzucić Guyowi Ritchie na temat jego ostatniego filmu.

Bo “Jeden gniewny człowiek” dostarcza całkiem sporo sprawnie zrealizowanej akcji i przemocy, lecz po facecie, którzy zrobił tyle zacnych filmów, z zakręconą historią, spodziewałbym się jednak znacznie więcej.

Tymczasem omawiana rzecz to trochę taka bułka z szynką udająca steka. Niby są tu jakieś rozdziały-akty poprzedzielane czarnymi planszami z górnolotnymi tytułami; niby jest kilka grup o sprzecznych interesach; niby są strzelanki; niby jest humor (niskich lotów); niby jest konkretna rozpierdówa w finale, ale całość ma raczej klimat zremasterowanego klasyka z VHSów, niż typowego Ritchiego.

Zwiastun: https://youtu.be/Vo_u9LE6syk

W rezultacie – trochę to lepsze, niż “takie se”. Można obejrzeć, jak ktoś tęskni za akcją.
Ocena: 6/10.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *