Poniżej tradycyjne zestawienie krótkich recenzji filmowych, serialowych i książkowych opublikowanych w 2025 r. w mediach społecznościowych Kultury Obrazkowej.
FILMY I SERIALE
“Na granicy” (2016)

Po śmierci żony, Mateusz (Andrzej Chyra) zabiera synów – Janka (Bartosz Bielenia) i Tomka (Kuba Henriksen) na męską wyprawę w Bieszczady. Tymczasem, w odludnym ośrodku pojawia się mocno pokiereszowany i na wpół przytomny nieznajomy (Marcin Dorociński). Gdy Mateusz wyrusza na szlak sprawdzić przyczyny obrażeń przybysza, jego synowie muszą poradzić sobie z obecnością nieznajomego na własną rękę.
Dziwny to film. Intrygujący pomysł połączony z ciekawą scenerią plus niezła obsada i wcale niezgorsza realizacja – a jednak zamiast “łał” jest “meh”. Któryż to już raz, początek jest obiecujący i zapowiada więcej, niż finalnie dostajemy?
Na pewno przyjemne jest to napięcie, które pojawia się wraz z odrażającą postacią nieznajomego, znakomicie zagraną przez Dorocińskiego, ale skutecznie przetrącają je dość irracjonalne – i to nawet na ich wiek – zachowania młodocianych bohaterów. To niby detal, ale w kontekście całości dość męczący, bo sugeruje że nieznajomy jest zagrożeniem, ponieważ protagoniści nie cierpią na nadmiar rozumu i sprawczości (powiedzmy sobie też – to Bieszczady, a nie Syberia – w każdej chwili można uciec).
Co zatem dostajemy? Dużo głupich decyzji, sporo snucia się i rozglądania się po pomieszczeniach; trochę płaczu, trochę tłumienia oddechu w ciemnościach. Zdjęcia – wychwalane pod niebiosa przez recenzentów – są poprawne, lecz absolutnie nie ma tu do czego wzdychać. Zasadniczo – jest nudnawo. Takie kino gatunkowe powinno jednak być znacznie bardziej intensywne.
“Kontrola bezpieczeństwa” (2024)

Pracujący przy lotniskowej kontroli bagażów Ethan (Taron Egerton) zostaje zmuszony przez tajemniczego podróżnego (Jason Bateman) do przepuszczenia bagażu z niebezpieczną zawartością, ryzykując współudział w zamachu terrorystycznym.
Przy okazji notki o “Na granicy” (2016) wspomniałem, że kino tego typu powinno być “z deczka” bardziej intensywne, a nie w typowo polskim wykonaniu, z gatunku “czuję się wyobcowany przez Niemców”*. Dobrym przykładem tego o co mi chodzi, jest właśnie netflixowska “Kontrola bezpieczeństwa”.
To oczywiście bardzo głupi film. Protagonista zachowuje się jak cep; jego dziewczyna zachowuje się jak motyka; antagoniści zachowują się jak bulwy ziemniaka – sadzeniaka. Niemniej – akcja pędzi do przodu w takim tempie, że trudno nie przymknąć oczu na te wszystkie nielogiczności. Po prostu nie masz czasu przejmować się głupotami, bo tu do typa strzelają, tam znowu musi ukryć ciało, a w jeszcze innym miejscu uratować narzeczoną. Że mało ambitne? że przewidywalne? Że nieartystyczne? Być może – ale to przecież świąteczny akcyjniak, odmóżdzacz, zapewniacz dobrej zabawy, a nie kandydat do Oscara.
Jeśli szukasz takiego kina – jest w sam raz.
Ocena: 6/10
“Samce Alfa” – sezon trzeci (2025)

Współczesny Madryt. Czterech mężczyzn w średnim wieku zderza się z pękaniem patriarchatu, próbując odnaleźć swoje miejsce w szybko zmieniającym się świecie.
Był taki moment pod koniec drugiego odcinka, gdy przeszło mi przez myśl, że “Samce Alfa” to materiał na maksymalnie dwa sezony. Początek trzeciej serii powtarzał wcześniejsze motywy i ogólnie gonił swój własny ogon
Potem jednak całość zaskoczyła i z epizodu na epizod bawiła coraz bardziej, zupełnie jak w przypadku pierwszego i drugiego sezonu. Hiszpanie potrafią – jak nikt inny – celnie utrafić z satyrą na współczesne relacje damsko-męskie i umiejętnie operować humorem nawet przy przeciętnie interesującej, telenowelowej historii. To dowcip zupełnie inny niż mój ulubiony – brytyjski – a mimo to daje radę i jeszcze całość mówi coś ciekawego o współczesności. Może to i “problemy pierwszego świata”, ale – o rany – chcielibyście żyć w drugim lub trzecim?
Ocena: 7,5/10
“Wybraniec” (2024)

Kontrowersyjny i wpływowy adwokat – Roy Cohn (Jeremy Strong) bierze pod swoje skrzydła młodego Donalda Trumpa (Sebastian Stan) i uczy go, jak osiągać upragnione cele.
Starałem się oderwać ten film od osobistych sympatii, a raczej antypatii (a przecież pozycjonuję się w nurcie chrześcijańskiego konserwatyzmu!) i zaryzykuję twierdzenie, że nawet gdyby jego bohaterem był John Smith, a nie Donald Trump – to byłoby to godne polecenia, aczkolwiek nie więcej niż dobre widowisko.
Świetny jest Sebastian Stan w roli Trumpa, rewelacyjny Jeremy Strong jako Roy Cohn. Całkiem wiarygodna jest przemiana tytułowego “Wybrańca” z człowieka w chuja w ludzkim ciele. Mam jednak wrażenie, że pomimo iż rzecz trwa dwie godziny (przez które nie nudziłem się nawet przez moment) – trump zmienia się w Trumpa zbyt szybko; że przydałoby się z dziesięć minut więcej, żeby lepiej to nakreślić.
Mam wrażenie, że dla prawicy to będzie obrazoburcze dzieło (w końcu nie ma nic bardziej prawicowego niż hipokryzja), a dla lewicy – zbyt łagodne w wymowie, bo choć Trump tu robi straszne rzeczy, to jednak zaczął się jako człowiek, a nie potwór-faszysta.
Ocena: 7/10
“Prawdziwy ból” (2024)

Po śmierci babci – David (Jesse Eisenberg) i Benji (Kieran Culkin) – wybierają się do Polski, w celu poznania kraju, z którego pochodzi ich rodzina.
Jak na film promowany jako “list miłosny do Polski”, to zaskakująco mało w nim Polski. To nie zarzut tylko fakt. Warszawa i Lublin robią za tło dla Eisenberga, tak jak Paryż lub Rzym robiły za tło dla Allena, ale naszej “polskiej duszy” rzecz nie dotyka. Widocznie za mało wódki.
Zamiast tego dostajemy całkiem zgrabną, w czwartej części komediową, a w połowie dramatyczną opowieść o współczesnym cierpieniu. Konfrontacja aktualnego bólu z dramatami z przeszłości, potraktowanymi wyłącznie w warstwie słownej i raczej lekko – ma swoje uzasadnienie, lecz Eisenberg nie wchodzi w szczegóły i w żadnym miejscu nie sili się na moralitet. Sami musimy sobie dopowiedzieć dlaczego i jak cierpią Benji i Dawid.
Dobrze, że aktorsko trafiło na gości, którzy znakomicie radzą sobie z powierzonymi rolami, kreując fajne, uzupełniające się i wiarygodne postacie (może poza monologiem Davida z lubelskiej kawiarni, który jest z deczka przeszarżowany). To chyba największy atut i najprzyjemniejsza część “Prawdziwego bólu”. Jest chemia i przeczucie że duet Eisenberg – Culkin jeszcze się spotka.
Niezłe i ładnie o Polsce, ale bez fajerwerków.
Ocena: 6/10
“Przesmyk” – sezon pierwszy (2025)

Wiosna 2021 r. Po nieudanej operacji, oficer polskiego wywiadu – Ewa Oginiec (Lena Góra) musi wracać do Polski. Splot okoliczności, szykująca się prowokacja ze strony Rosji i Białorusi oraz rosnące napięcie międzynarodowe sprawiają, że musi znowu wyruszyć do akcji i odnaleźć kreta wśród pracowników polskiej ambasady w Mińsku.
Potencjał był olbrzymi, ale niestety wyszło jak zawsze. “Przesmyk” rewelacyjnie wpisuje się we współczesne lęki sprowadzające się na ogół do pytania “czy będzie wojna?”. Była więc szansa na stworzenie polskiego “Homeland” czy “Biura Szpiegów”. Niestety finalnie nie jest to nawet “Jack Ryan”, który “mamy w domu”.
Scenariusz jest absolutnie absurdalny – nawet z punktu widzenia laika. Wiem jak działają organy państwa polskiego i jestem absolutnie pewien, że pod względem poziomu ilorazu inteligencji, przeciętny przedstawiciel polskich służb mógłby się mierzyć z taboretem. A jednak – nawet względem tychże – “Przesmyk” musi się prezentować jak “13 posterunek” wobec policjantów. Nic się tu nie spina, nikt nad niczym nie panuje, motywacje bohaterów są mniej stabilne niż nastrój mojej czterolatki.
Półpsychopatyczna protagonistka prezentuje się w taki sposób, że trudno jej kibicować, pomimo że strzela do ruskiej bramki. Zwroty akcji budzą raczej zażenowanie, niż emocje; a całość nie cechuje się nawet jednym, godnym zapamiętania dialogiem – jak gdyby pisał je ChatGPT. Ogląda się to ze względu na tematykę, lecz znacznie więcej z tego cierpienia, niż serialowej frajdy.
Sposób urwania się historii po sześciu odcinkach składających się na pierwszy sezon wprost sugeruje, że będzie ciąg dalszy, ale – drogie Max/ TVN / Warner Bros. / Discovery – błagam Was, dajcie sobie, kurwa, z tym spokój.
“Reacher” – sezon trzeci (2025)

Trzeci sezon serialowej adaptacji książek Lee Childa, tym razem biorący na warsztat powieść „Persuader”. Jack Reacher – dwumetrowa wizualizacja romansu Sherlocka Holmesa z Dolphem Lundgrenem i św. Franciszkiem musi zinfiltrować środowisko handlarzy bronią.
W trzeciej serii swych barwnych przygód Reacher nadal robi to samo co we wcześniejszych dwóch, tj. łamie złym ludziom ręce, rozwala im łby, albo wystrzeliwuje jeden po drugim. Miałem zatem dać całości to oczko mniej, niż rok wcześniej, ale raz że trzeci sezon jest jednak lepszy niż drugi; dwa – z perspektywy finału zrewidowałem swoje oczekiwania, bo to przecież nie jest serial o zagubionym intelektualiście.
Zasadniczo, to od Reachera oczekuje się przecież wyłącznie tego, żeby był Reacherem, tj. robił krzywdę “bad guy’om” oraz rzucał one-linerami i czerstwym dowcipem (dziewczyny mogą jeszcze dorzucić – i żeby ściągał koszulkę). A że rzecz trochę już goni swój ogon, powtarzając schematy z poprzednich sezonów? Cóż – mimo wszystko nadal robi to pierwszoligowo. Protagonisty trudno nie lubić, a reszta jest w zasadzie tłem i nawet jeśli nie zawsze sensownie sklejonym – trzyma się kupy.
“Agencja” – sezon pierwszy (2024)

Amerykańska adaptacja francuskiego “Biura Szpiegów” (2015-2020). Martian (Michael Fassbender) – agent CIA – wraca do London Station po długoletnim życiu pod przykrywką. Zmuszony do porzucenia fałszywej tożsamości musi zaadaptować się do nowych warunków. Problem pojawia się, gdy do Londynu przyjeżdża kobieta, z którą nawiązał romans w trakcie ostatniej misji. Tymczasem CIA traci ważnego agenta na Białorusi.
To ponownie taki serial, których większość nudzi i usypia, a ja się przy nim znakomicie bawiłem. Nie byłoby go bez rewelacyjnego francuskiego oryginału, ale osadzenie całości w bliższych nam realiach rosyjskiej napaści na Ukrainę wyszło całości na dobre. Jest znacznie bardziej emocjonująco, a do piekła trafiają całe rzesze ruskich, co jest miodem na każde, prawdziwie polskie serduszko.
Radę daje też ekipa aktorska (tu prócz Fassbendera takie nazwiska jak Jeffrey Wright, Richard Gere czy okazjonalnie – Dominic West), a poziom realizacji, efektów i generalna wysokość budżetu – absolutnie przyćmiewają pierwowzór znad Sekwany, nawet gdy trafiają się tu głupie babole w stylu Polski sfilmowanej w Wielkiej Brytanii.
W “Agencji” nie pasuje mi w zasadzie tylko odtwórczyni roli kochanicy protagonisty. Nie żeby grała źle, ale oryginalny pomysł na tę postać był chyba ciut lepszy.
Poza tym – “cycuś” i tylko szkoda tej serialowej, prawdziwej Ameryki z wielkimi jajcami, która rozdaje karty na całym globie. W tym zakresie całość zdążyła się już niestety zdezaktualizować…
“Projekt UFO” (2025)

Fabularyzowana opowieść zainspirowana wydarzeniami w Emilcinie.
Lata 80-te, komunistyczna Polska.
Gwiazda telewizji – Jan Polgar (Piotr Adamczyk) zaprasza do swojego programu, a następnie publicznie wyśmiewa Zbigniewa Sokolika (Mateusz Kościukiewicz) lansującego teorie o przybyszach z kosmosu i niezidentyfikowanych obiektach podwodnych. Tymczasem w Truskasach na Warmii i Mazurach – Józef Kunik (Stanisław Pąk) zaczyna twierdzić, że porwali go kosmici.
“Projekt UFO” miał w Polsce tak tragiczne recenzje, że włączyłem go tylko po to, żeby sprawdzić, co do cholery zobaczył w nim słynny Hideo Kojima, że poświęcił mu wpis na “Iksie”. I po czterech godzinnych odcinkach, stwierdzam, że wcale nie jest tak źle jak straszono.
Faktycznie, trochę bardziej to historia jest tu pretekstem, żeby wrócić do PRLu (i w tym aspekcie trudno nie zgodzić się z zarzutem, że całość jest nieco przestylizowana), a nie PRL tłem dla fabuły. Zaiste – nie jest to też najlepszy występ Ostaszewskiej, która jest najsłabszym, aktorskim ogniwem serialu. Niemniej jednak – całość ogląda się w sumie bez znużenia, jest tu jakaś intryga, satyra i ta siermiężna komunistyczna rzeczywistość, której ja – rocznik 85 – oczywiście świadomie nie doświadczyłem, ale coś tam jednak rezonowało do moich wspomnień we wczesnych latach 90-tych.
Z pewnością dało się to zrealizować zgrabniej, wprowadzić ciekawsze postacie i stosowniej wyważyć wątki komediowe i dramatyczne, bo rzecz trochę nie może się zdecydować czym w zasadzie chce być. Stanowi jednak ciekawą odmianę w stosunku do tych wszystkich netlixowych ekranizacji Cobena czy innego Mroza.
“Rezerwat” (2025)

Cecilie (Marie Bach Hansen) żyje z mężem (Simon Sears) i synem jak w bajce. Ona ma swoją firmę, on jest partnerem w dużej kancelarii prawnej. Pewnego dnia, jej na pozór idealne życie komplikuje się, gdy filipińska opiekunka do dziecka jej równie zamożnych sąsiadów znika w tajemniczych okolicznościach.
“Rezerwat” to duński kryminał wyprodukowany przez Netflix, lecz choć to danie z budki z kebabami, a nie z wykwintnego resto – można się tym nażreć ze smakiem. Typowy widz, może trochę marudzić na stereotypy: <<dobrzy, biedni Filipińczycy>> – <<źli, bogaci Duńczycy>>, ale jako prawnik okazjonalnie dotykający segmentu potrzebujemy-kogoś-kto-nie-będzie-zadawał-pytań-i-zastrzeli-pięciuset-niewinnych-ludzi, znam kilku obrzydliwie zamożnych osób i zapewniam Was, że zdecydowanie wolelibyście się kumplować z Filipińczykami.
Atutem “Rezerwatu” nie jest jednak wyłącznie intryga, bo zakończenia można się domyślić przed napisami końcowymi, a tło i ciekawe ułożenie postaci na kryminalnej szachownicy. Motyw bowiem w zasadzie może mieć każdy, a jednocześnie nikt nie ma wyraźnego. Poza tym – mimo pewnego takiego “przesadyzmu” (miejscami), ze światem bogatych Duńczyków i ich biednych filipińskich au pair nie mamy jednak do czynienia zbyt często i pod tym względem jest to interesująca nowość.
W rezultacie ogląda się to cięgiem, odcinek po odcinku i przy napisach końcowych wcale nie żałuje spędzonego z “Rezerwatem” czasu.
“Wujek Foliarz” (2025)

Spin-off “Fanatyka” – telewizyjnej adaptacji popularnej pasty “Mój stary to fanatyk wędkarstwa” Malcolma XD. Uczestniczący w terapii uzależnień Kuba (Mikołaj Kubacki), zostaje uprowadzony przez swojego wujka (Adam Woronowicz) i wplątany w nudną i przewidywalną intrygę.
Bardzo cenię i poważam twórczość Malcolma XD i chyba nie mam problemów z poczuciem humoru (choć to zawsze rzecz względna), zatem z szacunku do powyższego ograniczę się do oświadczenia, że “Wujek Foliarz” to zbrodnia na dorobku najpopularniejszego polskiego “paściarza”.
Michałowi Tylce jakimś cudem wyszedł film nieśmieszny i męczący, pomimo że dostał na niego 4 mln zł z PISF, co pozwoliło mu zatrudnić plejadę polskiego aktorstwa na emeryturze (prócz wspomnianego Woronowicza, m.in. Grabowski, Dziędziel, Adamczyk, Figura, Chotecka oraz Kowalski, czyli Pan Janusz Tracz). Wyżej wskazani nie grają może na odpierdol, ale kiepski scenariusz zdecydowanie nie pozwala im zabłysnąć.
Włączyłem “Wujka Foliarza” bardzo chcąc się pośmiać, a tu zwyczajnie nie było z czego. I choć można kpić, że rzecz oferuje poziom dowcipów z ChataGPT, to tak po prawdzie – po lekkim treningu AI potrafi wypluć zdecydowanie lepsze gagi i dowcipy.
Gdzie się podział humor na poziomie tego z “Emigracji xD”?
Porażka.
“Rodziny takie jak nasza” (2024)

W związku ze skokowym wzrostem poziomu wód, duński parlament podejmuje decyzję o rozwiązaniu państwa i relokacji milionów obywateli. Duńczycy dostają kilka miesięcy na znalezienie sobie nowego miejsca do życia.
Pomysł jest dość ciekawy i nieoczywisty, a intencje jasne – pokazać problem masowej emigracji z “naszej”, europejskiej perspektywy. Dostajemy zatem patchworkową, duńską rodzinę złożoną m.in. z nastolatki Laury; jej ojca z nową żoną; jej matki z depresją oraz osób w jakiś sposób powiązanych z powyższymi, które muszą poradzić sobie w ekstremalnej sytuacji konieczności porzucenia swojego kraju.
Niestety pod względem logiki całość nie trzyma się kupy. Raz, że Duńczycy przyjmują swój dramat z zadziwiającym spokojem i poddaniem się losowi, jakby to nie był koniec świata. Dwa – to przecież nie są wielomilionowi przybysze z kraju, w którym rozwój zatrzymał się na chatkach z patyków i błota, tylko obywatele UE, a tu każe im się zdobywać pozwolenie na pobyt i pracę w innych krajach wspólnoty. W rzeczywistości praktycznie każdy europejski naród chętnie przyjąłby miliony względnie zamożnych, wykwalifikowanych ludzi z naszego kręgu kulturowego, a w “Rodzinach…” są traktowani jak zgniłe jajco nawet przez Polaków i Rumunów.
Z Polską w ogóle jest w tym serialu nieciekawa historia, bo nie dość że nasz kraj wygląda tu, jakby zatrzymał się w latach 90tych, to jeszcze sami Polacy ukazani są jako barbaria. Baby i chłopy są mrukliwe, żołnierze chleją i śpiewają ogniskowe piosenki, a po lasach grasują patrole obywatelskie bijące obcokrajowców.
Przepraszam, ale to obraźliwe. Co najmniej połowa obywateli Polski nie ma wieśniackiego ryja i intelektu taboretu jak Bąkiewicz – ale najwyraźniej właśnie tak Duńczycy widzą ogół Polaków.
Niektórych drażnić może też głupota bohaterów. Zarówno Laura, jak i jej bliscy – to nie są, najdelikatniej rzecz ujmując – tytani intelektu. Ja wiem – bez tego nie byłby historii, ale trudno pozbyć się wrażenia że celowo komplikują sobie życie. Miewają też dość paskudne charaktery, przy czym – co może być ciekawe w czasach politpoprawności, w których żyjemy – absolutnie najgorszymi ludźmi pod słońcem jest tu para homoseksualistów, która dopuszcza się m.in. oszustwa na dużą skalę i morderstwa.
Całość ogląda się zatem niełatwo i w zasadzie bardziej z powodu oryginalnej tematyki, niż intrygującego scenariusza. Trudno bowiem z kimkolwiek się tu utożsamiać, bądź nawet – zrozumieć jego motywację i perspektywę, która miejscami okazuje się tak samo obca, jakby dany bohater pochodził z Północnej Afryki, czy Bliskiego Wschodu, a nie z północnej części Europy.
“Konklawe” (2024)

Ekranizacja powieści Roberta Harrisa.
Po śmierci papieża, kardynałowi Lawrence’owi (Ralph Fiennes) przypada w udziale poprowadzenie konklawe, podczas którego konfrontują się ze sobą frakcje reprezentujące zupełnie odmienną wizję Kościoła. Jednocześnie na jaw wychodzą grzechy i charaktery kandydatów do objecia Cathedra Petri.
“Konklawe” swoje wygrało, bo i Oscar oraz Złote Globy za scenariusz, i siedem nominacji do tego pierwszego, i pięć do tych drugich, nie wymieniając już pozostałych, rozlicznych nagród i nominacji.
I faktycznie całość robi duże wrażenie na poziomie realizacji (scenografia, zdjęcia – choć to nie poziom Sorrentino) oraz miejscami wybitnego wręcz aktorstwa z tzw. “starej szkoły”. Fiennes, Tucci, Lithgow, Rossellini, Castellitto – dźwigają złożony na ich barkach ciężar, sprawiając że na rzecz wyjątkowo dobrze się patrzy. Proces wyboru Głowy Kościół, zmagania kandydatów oraz wewnętrzne rozgrywki – trzymają w napięciu, nie pozwalając zmrużyć oka na wygodnej kanapie nawet po wyjątkowo ciężkim tygodniu.
Z perspektywy starcia idei całość nie oferuje jednak zbyt wiele. “Konklawe” jest w tym aspekcie powierzchowne, a momentami wręcz banalne do granic śmieszności, np. gdy próbuje skonfrontować kościelnych “faszystów” z samotnym piewcą przykazania miłości. Poza protagonistą, kluczowi bohaterowie nie mają w zasadzie nic ciekawego do powiedzenia, ograniczając się do werbalizowania pragnienia władzy lub religijnych komunałów na poziomie tych, które moje dzieci przynoszą z przedszkola.
Rozczarowuje też w końcu zakończenie, bo raz, że – można się domyślić kto wygra; dwa – sprawia wrażenie wykreowanego na siłę, byleby zszokować widza.
No, ale to Harris. On tak lubi.
“Obcy: Romulus” (2024)

Rain (Cailee Spaeny), wraz z syntetycznym “bratem” Andym (David Jonsson) pragnie za wszelką cenę uciec z odległej, korporacyjnej kolonii górniczej. W tym celu dołączają do grupy młodych “Zetek”, planujących szaber na opuszczonej stacji kosmicznej. Niestety dla nich – okazuje się, że stacja wcale nie jest tak opuszczona jak zakładali, gdyż… zalęgł się na niej Grzegorz Braun.
Odkładając jednak (ponure) żarty na bok – to kolejny, szósty już film z serii “Obcy”, osadzony w uniwersum wykreowanym przez Ridleya Scotta, H.R. Gigera oraz Irenę Jurgielewiczową (dziewiąty jeśli liczyć “Prometeusza” i crossovery z “Predatorem”).
Popularne głowy w sieci twierdzą że “Obcy: Romulus” to “styropian”, “odtwórczy fan service” i “miks scen z poprzednich <<Obcych>>”. Czy to prawda? Odpowiem jak Norbert Bączyk: “i tak, i nie”.
Z pewnością to film bezpieczny, powtarzający utarte schematy i nieco zbyt często puszczający oko do widza. Niektóre sceny sprawiają wrażenie wręcz beztrosko skopiowanych z poprzednich odsłon serii. Z drugiej strony – pod każdym niemal względem rzecz jest wykonana prawidłowo. Aktorsko nie odstaje, scenografia jest świetna, a efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie.
Owszem – kompletnie leży tu realizm – zarówno psychologiczny – na poziomie postaci, jak i ten ogólnofabularny, pozwalający m.in. zostać nastolatce maszyną do zabijania dzięki standardowemu karabinowi z automatycznym systemem celowniczym. Nie powiedziałbym jednak, że powyższe psuje zabawę i odbiór całości. “Obcy” to nie jest wielka filozofia, tylko prosta opowieść o potworze spod łóżka/z szafy i w tej konwencji “Obcy: Romulus” zwyczajnie daje radę, dostarczając przewidywalnej, ale przyjemnej zabawy w solidnym opakowaniu.
Jest to godny horror sci-fi, nie potrzebuję nic więcej.
“Air” (2023)

Fabularyzowana opowieść o tym, jak skazanej na pożarcie marce Nike udało się doprowadzić do zawarcia przełomowego kontraktu z Michaelem Jordanem, dzięki któremu dziesiątki ludzi zarobiły miliony dolarów.
Tak jak nasi, polscy filmowcy potrafią zarżnąć nawet najbardziej nośny temat, tak jankesi potrafią z byle gówna zrobić pierwszorzędny materiał. Na poziomie zarysu scenariusza to musiała być niezła wydmucha, ale jakim cudem Benowi Affleckowi oraz debiutującemu “Air”-em scenarzyście Alex Covery udało się z tego stworzyć naprawdę fajne, wciągające kino.
Świetna obsada – z Mattem Damonem na czele, niezłe dialogi oraz odpowiednie operowanie tempem – dały lekki film, który zwyczajnie dobrze się ogląda. Nie ma tu ludzkich dramatów, morza łez, potu i krwi. Wręcz przeciwnie – uśmiech nie schodzi z japy przez te prawie dwie godziny, które trwa całość i pewnie równie szybko się o niej zapomina, niemniej – swoje zadanie wypełnia perfekcyjnie, dając widzowi sporą ilość niewyrafinowanej rozrywki. Gdybym miał “Air” do czegoś porównać byłyby to klimaty “Teda Lasso”. Nie ma tu żadnej głębi, całość ledwie ślizga się po powierzchni tematu który porusza, ale czujesz się po tym znakomicie. Aż chce się wstawać w poniedziałek do pracy, by służyć kapitalizmowi jeszcze zacieklej.
Do powyższego dochodzi trochę sentymentalna wycieczka w lata 80-te, które jako czterdziestolatek pamiętam o tyle, że w Polsce trwały co najmniej do połowy dziewiątej dekady XX-tego stulecia.
“Strefa Gangsterów” (2025)

Gdy w tajemniczych okolicznościach znika młody Stevenson, syn lidera jednej z londyńskich rodzin przestępczych, a podejrzenie pada na Harriganów – ich bezpośrednich, kryminalnych oponentów, Harry Da Souza (Tom Hardy) musi zrobić wszystko, żeby zapobiec wybuchowi wojny gangów.
Kilka razy trafiał się tu film Guy’a Ritchie’ego zupełnie nie w stylu Guy’a Ritchie’ego, jednak “Strefa Gangsterów”, znana też jako “MobLand” to już 110% Ritchie’go w Ritchie’m – choć odpowiada on tu za reżyserię wyłącznie dwóch odcinków. Jest zatem mocno, brutalnie, ale też nie do końca poważnie, i z fabularnymi twistami – nie tylko w finale.
Największym mankamentem całości jest to, że choć na poziomie scenariusza od rzeczy trudno się oderwać – nie ma tu absolutne nic nowego. Bohaterowie, w których wcielają się m.in. Helen Mirren, Pierce Brosnan, Paddy Considine, Geoff Bell to mieszanina charakterów znanych już – albo z filmów i seriali Ritchiego, albo z takich, za które wprawdzie nie wziął hajsu, ale czuć tam przekroczenie granic inspiracji. Przykładowo taki Da Souza to bandzior, lecz honorowy (kopia Raya z “Dżentelmenów” (2019), który oczywiście ma problem z żoną i córką. Dalej mamy tu charyzmatycznego bossa ze starej szkoły, pozującego na gentlemana; narwanego spadkobiercę gangsterskiego imperium, który prokuruje problemy; zewnętrznych gangoli z międzynarodowych grup przestępczych funkcjonujących na zasadzie tzw. “większej ryby”, itd.
Cóż jednak z tego braku oryginalności, skoro całość jest naprawdę dobrze napisana, zagrana i zrealizowana? “Strefa Gangsterów” zaiste jest jak ten burger ze sprawdzonego “żarciowozu”, którym zajadałeś się już wiele razy, który ma w składnikach to samo co zawsze, a po którym nie mdli cię nawet za czterdziestym razem.
Niby czujesz, że więcej tu zabawy konwencją, niż powagi; że rzecz jest przesadzona i nadmuchana w każdym aspekcie, a na końcu po raz dziesiąty poleci “Sympathy for the Devil” The Rolling Stones, lecz kończysz jeden odcinek i odpalasz kolejny.
“1670” – sezon drugi (2025)

Zrealizowana w konwencji mockumentary, satyra na współczesną Polskę ubrana w ciuchy opowieści około-historycznej osadzonej w XVII-wiecznej Rzeczpospolitej. Szlachcic Jan Paweł Adamczewski (Bartłomiej Topa) – właściciel wsi Adamczycha, robi wszystko by zostać “najsłynniejszym Janem Pawłem w historii Polski”.
Pierwszy sezon “1670” okazał się fenomenem zdecydowanie ponad prezentowany przez siebie poziom, bo pod względem poczucia humoru – “Czarna Żmija” – to to z pewnością nie była. Niemniej, ciekawe tło historyczne, niezły casting i kilkanaście trafionych dowcipasów sprawiły, że całość oglądało się z przyjemnością.
O drugiej serii można w zasadzie powiedzieć to samo. Jasne, rzecz traci element pozytywnego zaskoczenia, który towarzyszył debiutowi, lecz w zamian jest nieco bardziej poukładana i spięta w klamry bardziej spójnej historii. Całości na dobre wychodzi też podmiana Michała Balickiego na Filipa Zarębę, którego Stanisław jest znacznie ciekawszą i sympatyczniejszą postacią (choć oczywiście nie bez istotnej pomocy scenariusza).
Skąd zatem trochę niższa ocena pod tekstem, niż miało to miejsce w przypadku pierwszego sezonu? Otóż poprzedni, choć chaotyczny był jednak jakby zabawniejszy i jako mieszanina memów spasował mi bardziej, niż poukłada, ale bardzo wtórna i pozbawiona oryginalności opowieść prezentowana przez najnowszą serię.
Niemniej – dalej warto to obejrzeć.
Nawet jeśli “1670” ma niewiele wspólnego z prawdziwymi dziejami Pierwszej Rzeczpospolitej, całkiem ładnie prezentuje wycinki z naszej kultury i potrafi zrelaksować.
“Konferencja w Wannsee” (2022)

Niemieckie spojrzenie na Konferencję w Wannsee. 20 stycznia 1942 roku, pod Berlin zjeżdżają delegaci urzędów centralnych III Rzeszy, by pod przewodnictwem Reinharda Heydricha dyskutować o “ostatecznym rozwiązaniu” kwestii żydowskiej.
Nie mogę wyrzucić z głowy tego filmu, jakby mój mózg nie mógł zaakceptować tego z czym się zderzył. A zobaczył kilkunastu ludzi zamkniętych w pomieszczeniu, którzy w korporacyjny sposób, ale jeszcze nie korpo językiem – dyskutują o wymordowaniu 11 milionów ludzi. Świadomość, że nikt tego nie zmyślił, tylko naprawdę miało to miejsce – tylko wzmacnia dysonans poznawczy.
Trudno nie zestawiać “Konferencji w Wannsee” z dwadzieścia lat starszym “Ostatecznym rozwiązaniem” (2001). To filmy o podobnej strukturze fabularnej, oparte na protokole prawdziwej Konferencji i nakręcone w dość podobny sposób. Ludzie siedzą i rozmawiają – o egzekucjach, problemach logistycznych związanych z transportowaniem ofiar na miejsce egzekucji oraz związanych z tym problemach. Ten drugi, anglojęzyczny wydaje się nieco bardziej dramatyczny, choć nieteatralny. Anglosaska gładkość chwilami estetyzuje chłód sprawców. Atutem “Konferencji w Wannsee” jest zaś: większa zgodność ze źródłami, oryginalny język całości oraz beznamiętny ton, który obnaża mechanikę podejmowanych decyzji.
Warto z pewnością obejrzeć je oba.
“Dom pełen dynamitu” (2025)

W Stany Zjednoczone zostaje wystrzelony pojedynczy pocisk balistyczny, który za dwadzieścia minut dosięgnie celu.
Scenariusz jest oczywiście inspirowany recenzowaną tu rok temu książką Annie Jacobsen – “Wojna Nuklearna. Możliwy scenariusz” (2024). Nie wiadomo kto wystrzelił pocisk (ale można się domyśleć kto), nie wiadomo dlaczego jeden i czy posiada głowice/ę nuklearną. Niemniej leci.
W rezultacie dostajemy trzy spojrzenia na przedstawione wydarzenia – ze strony pracowników rządowych agencji (Rebecca Ferguson, Jared Harris) próbujących powstrzymać zagrożenie, jak i z perspektywy POTUSa (Idris Elba).
Przyznaję rację krytykom, że w napięciu trzyma głownie pierwsze 40 minut filmu, bo w przypadku pozostałych dwóch historii – już wiemy jak rozwinie się akcja. Niemniej – i tak ogląda się to dobrze, m.in. dzięki porządnemu aktorstwu.
W necie dominują oceny: “takie se”, zapewne z uwagi na zakończenie, ale biorąc pod uwagę całokształt – to jednak punkt wyżej nad średniakiem.
“Śmierć Stalina” (2017)

Po śmierci Józefa Stalina, na szczytach sowieckiej wierchuszki rozpoczyna się walka o władzę.
Brytyjczycy to jednak potrafią w bezkompromisowe poczucie humoru. Armando Iannucci’emu (nie pierwszy raz) udało się stworzyć film, który jest i zabawny, i trafny jako satyra na politykę, nie tylko radziecką. Być może docenienie całości w pełni wymaga pewnej (lecz zaledwie wikipedycznej!) wiedzy na temat stosunków sowieckich na początku lat 50-tych ubiegłego stulecia, ale warto zrobić sobie przebieżkę po notkach biograficznych, bo dekonstrukcja mechanizmów polityki na gruncie walki o władzę nad molochem ze wschodu jest bardzo udana.
Nie jest to przy tym film historyczny, bo scenariusz podporządkowany jest satyrze, a nie rzeczywistej chronologii wydarzeń. Jeśli zaś chodzi o poziom dowcipu, to rzecz choć kroczy po linii absurdu – robi to znacznie delikatniej, niż przywołany na plakacie Monty Python (z którą zresztą łączy go też rola Michaela Palina jako Mołotowa).
Całości pomaga wybitna obsada i trudno byłoby mi się zdecydować, czy lepiej poradził sobie tu Simon Russell Beale jako demoniczny Beria, czy Steve Buscemi jako neurotyczny Chruszczow. W pamięci na pewno zapada ujmująco pewny siebie Jason Isaacs jako Feldmarszałek Żukow.
“Bestia we mnie” (2025)

Popularna pisarka – Aggie Wiggs (Claire Danes), zmaga się już z:
a) wyrzutami sumienia i traumą po śmierci dziecka;
b) rozstaniem z partnerką; i z
c) niemocą twórczą;
– a z woli scenarzystów opłaconych przez Netflix – musi jeszcze dodatkowo zmierzyć z nowym, obrzydliwie bogatym sąsiadem deweloperuchem – Nilem Jarvisem (Matthew Rhys), podejrzewanym o zabójstwo żony.
Jeśli Claire Danes ma jakąś specjalizację, to jest nią granie – jak to się teraz ładnie mówi – “osób w kryzysie psychicznym”. Przerabiała to w rewelacyjnym “Homeland” (2011-2020) oraz w dobrych “Rozterkach Fleishmana” (2022), a teraz przerabia w “Bestii we mnie”. I byłaby w tym dobra, gdyby nie fakt, że znam ją tylko z takich ról i nie da się już na to patrzyć. W obliczu powyższego, na najjaśniejszą gwiazdę tej produkcji wyrasta, partnerujący Danes – Matthew Rhys, w roli co najmniej socjopatycznego niegodziwca.
Pod względem aktorskim jest mimo wszystko nieźle. Relacja Wiggs i Jarvisa jest odpowiednio gęsta: ona nie wie, czy to tylko projekcja jej głowy, czy on naprawdę jest aż tak demoniczny. A on, niestety dla jej komfortu, naprawdę jest.
Dodatkowo – figury na skryptowej szachownicy również są ciekawie porozkładane. No bo Jarvis ma jeszcze ojca, z którym ma niejednoznaczną relację oraz nową partnerkę, którą traktuje jako element wystroju. Wiggs zaś towarzyszy oficer FBI o umęczonej twarzy Rafała Trzaskowskiego po ostatnich wyborach, depczący Jarvisowi po piętach.
Niby nie da się tego zepsuć, więc rzecz ogląda się dobrze i zaciekawieniem, nawet jeśli miejscami akcja zwalnia lub grzęźnie w mnogości wątków. Całość pozostawia jednak pewien niedosyt. Nie jest to tak wciągające, jak można by oczekiwać. Dość powiedzieć, że przekładaliśmy z żoną poszczególne odcinki “Bestii we mnie” seansami “Rekruta”, jakby niespecjalnie śpieszyło nam się do poznania finału. Na wysokości połowy sezonu, nawet zapomniałem, że zaczęliśmy to oglądać i przypomniałem sobie o nim, scrollując Netflixa w poszukiwaniu czegoś nowego.
KSIĄŻKI
Sławomir Leśniewski – “Chmielnicki. Burzliwe losy Kozaków” (2022)

Barwny szkic biograficzny Bohdana Chmielnickiego połączony ze zręcznym opisem dziejów konfliktu polsko-kozackiego oraz jego następstw.
Ależ to jest dobra książka!
Możecie mnie nazywać fanem Pana Andrzeja Leśniewskiego.
Powtórzę za wpisem z wczoraj – sztuką jest napisać książkę historyczną od której nie można się oderwać i która oferuje tak sensownie skrojony kompromis pomiędzy ogólnym opisem dziejów, a szczegółami. I ta sztuka się Panu Andrzejowi udała. Wszystko tu jest na swoim miejscu, bohaterowie są odpowiednio opisani, a fakty trafnie i pięknie podane (wydaje mi się, że znalazłem jeden błąd, ale wynikający raczej z nieszczęsnej redakcji, niż z niedbalstwa autora – bo bluźnierstwem byłoby go o takowe posądzać).
Jeżeli chodzi o historię, to jestem trochę zboczeńcem, bo gdy czytam to drukuję sobie mapki i mam przy sobie telefon z Wikipedią, żeby sobie rozszerzać wiedzę i “spoilować”. Tu akurat mapki okazały się zbędne, bo miejsce akcji jest znajome, a z Wiki korzystałem nader rzadko, bo opis postaci i wydarzeń był tak precyzyjny, że nie było takiej potrzeby. Na dodatek ten język – żywa, piękna polszczyzna, zręcznie ujmująca istotę rzeczy.
No normalnie – konfederatki z głów.
Znakomita pozycja historyczna. Bardzo polecam.
Ocena: 8/10
Dan Abnett – “Czas Horusa” (2006)

Pierwszy tom cyklu “Herezja Horusa”, osadzonego w uniwersum Warhammera 40k.
XXI stulecie. Pod rządami nieśmiertelnego Imperatora Ludzkości Imperium Człowieka podbija galaktykę. W chwili największego triumfu, Imperator opuszcza jednak linię frontu, powierzając dowodzenie swemu ulubionemu synowi – Horusowi, którego wywyższa do rangi Mistrza Wojny. Czy młody idealista poradzi sobie ze stojącymi przed nim wyzwaniami?
Rzecz jest u nas znana pod tytułem “Czas Horusa” oraz “Wywyższenie Horusa”, co ma może więcej sensu w kontekście tytułu oryginału – “Horus Rising”. To typowe militarystyczne sci-fi, pełne patosu, opisów krwawych starć i tzw. “żołnierskiej”, tj. dość subtelnej – “filozofii”. Bohaterowie są przeciętnie interesujący, a ich rozterki na ogół – godne politowania. Akcja sprowadza się zaś do tego, że protagoniści na ogół latają od planety do planety i podbijają.
Niemniej – czyta się to całkiem nieźle.
Były takie fragmenty, w którym “Czasowi Horusa” udało się mnie wciągnąć, szczególnie w tych chwilach, gdy rzecz poruszała np. temat odbudowy miasta po włączeniu do Imperium, walk z magarachnidami na “Rzeźni”, czy pierwszego spotkania z wytworem Chaosu. Przez resztę leciałem już jednak siłą rozpędu, bardziej z sympatii do świata W40k, niż dlatego że to dobre sci-fi.
Bo, że “Czas Horusa” jest “niezły” – jestem w stanie spokojnie się zgodzić, natomiast do statusu “dobrego”, to mu jednak jeszcze trochę brakuje.
Jeśli lubisz uniwersum Warhammera 40k – to musisz to przeczytać. Dla reszty jest to rzecz całkowicie pomijalna i mogą odjąć od końcowej noty z półtorej punktu.
Ocena: 6,5/10
Adam Zadworny – “Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku” (2024)

Reportaż o największej katastrofie morskiej w powojennej Polsce. Z ponad sześćdziesięciu osób, które były na promie, przeżyło wyłącznie dziewięciu członków załogi. Próbując ustalić, co się stało, Adam Zadworny przegląda stare akta, szuka ocalałych marynarzy, rozmawia z rodzinami ofiar i ekspertami, docierając nawet do ówczesnych decydentów.
Oczywiście nie sięgnąłbym po tę książkę, gdyby nie “przypominajka” w postaci serialu Netflixa. Co również oczywiste – w zestawieniu z tym ostatnim, rzecz jest pozbawiona tych wszystkich serialowych “uatrakcyjniaczy”, głupotek i spekulacji, starając się skupić na tym co wiadomo, tj. na faktach. Tajemnicy zatonięcia zatem autor nie wyjaśnia, bo ta już na zawsze pozostanie nierozwiązana, natomiast w zamian bardzo rzetelnie wskazuje na to, co o katastrofie wiadomo na dziś dzień.
Ponieważ warsztat autora jest nadzwyczaj dobry, czyta się to znakomicie. Adam Zadworny bardzo umiejętnie klei wątki, doskonale operuje tempem i świetnie posługuje się językiem. W rezultacie dwieście stron tekstu pochłania się gładko w góra dwa wieczory, bez uczucia niedosytu, że czegoś tu zabrakło.
Najlepsza książka o tragedii “Heweliusza”.
Ocena: 8/10
